Archiwum - września 2016

Lekkoatletyka w Rio, indywidualne oceny

Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport
Tagi: igrzyska olimpijskie, lekkoatletyka, rio
25. września 2016 16:07:00

Czas przyznać indywidualne oceny naszym lekkoatletom i lekkoatletkom. To najliczniejsza reprezentacja, która stanęła do walki na Igrzyskach w Rio. Nie ma się co dziwić, bo lekkoatletyka w historii olimpizmu dała nam najwięcej medali. Poza tym najwięcej medali rozdaje się w tej dyscyplinie na Igrzyskach. Jak już pisałem na pewno liczyliśmy na dużo więcej, ale jak to w sporcie wszystkiego nie da się przewidzieć i nie można rozdać medali przed startem. Fakt faktem, że była to najlepsza kadra lekkoatletów, która pojechała do Rio od lat. Dużo sukcesów w ostatnim czteroleciu sprawiło, że apetyty były rozbudzone. 3 medale to oczywiście nie jest jakiś dramat, ale liczyliśmy na 3 prawie pewne złota i tak z 2 czy 3 medale innego kruszcu do tego. Wtedy możnaby uznać start za wykładnik polskiej lekkoatletyki. Za takie potwierdzenie, że jest świetnie. Niestety tak do końca nie było... A za cztery lata taka szansa może się nie powtórzyć jak mistrzowie zejdą ze sceny. Dlatego czuję spory niedosyt... Ale po kolei :

 

ZŁOTO - ANITA WŁODARCZYK - rzut młotem, ocena 6+

 

Mistrzyni nad mistrzyniami. Niezwyciężona, niepokonana, nieposkromiona, skromna, ambitna, serdeczna, ciepła. Gwiazda polskiego sportu. Nie da się Anitki nie kochać. Królowa "królowej sportu". Marzyła o tym złocie. Chciała dokonać tego co udało się jej ś.p. przyjaciółce Kamili Skolimowskiej w Sydney. Przyjechała do Rio w tak genialnej formie, że czuła, że dokona czegoś wielkiego. Sama przyznawała, że rywalką jest tylko ona dla samej siebie. Pozostałe zawodniczki walczą tylko o srebro. Są o lata świetlne oddalone poziomem od naszej mistrzyni. Zapowiadała, że pobije rekord świata. Takie zapowiedzi polskich zawodników czy zawodniczek zdarzają się bardzo rzadko. Przeważnie jest wiara, nadzieja, niepewność, stres, nerwy. Ona tu przyjechała jako hegemonka kobiecego młotu. Zrobiła to co sobie zaplanowała i wymarzyła. Już w eliminacjach jeden rzut koło 77 metra i mogła się szykować na finał. W finale poruszała się świetnie w kole. Była siła, dynamika, szybkość. Inne zawodniczki jakoś wszystko robiły wolniej, ślamazarniej. Anita natomiast pisała piękną historię polskiego sportu olimpijskiego. Inni też zdobywali w Rio medale, ale to było jakieś takie inne. Wioślarki wykorzystały potknięcia rywalek i po prostu musiały zdobyć złoto. Taki los na loterii wygrały. Małachowski za bardzo się rozluźnił w finale. Walczykiewicz nie miała szans z Nowozelandką, Majka miał dużego farta. Michalik i Nowacka zrobiły swojego absolutnego maxa co starczyło na brązowe medale. Wioślarki i kajakarki też nie mogły zrobić więcej. Wojtek Nowicki był bardzo zdenerwowany, a stać go było na złoto. Natomiast Anita zrobiła wszystko w mistrzowskim stylu. Pierwszy rzut na rozruch, drugi na rekord olimpijski (80,40). Wszystko zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Uwielbia po rzucie skakać w tym kole i skakać po bieżni co przypłaciła kontuzją po MŚ w Berlinie w wyniku wielkiej radości z rekordu świata. Wtedy jeszcze, a był to 2009 rok rekord wynosił blisko 80 metrów. W Rio w trzecim rzucie młot pofrunął na 82,29m.!!! Rekord świata!!! Najlepsze jest to, że nie spuściła z tonu i w piątym rzucie uzyskała 81,74m. Poprzedni jej rekord to było 81,08!!! Poprawiła swój własny rekord świata o ponad metr!!! Pokaz absolutnej dominacji w kobiecym młocie. Tak mistrzostwo olimpijskie wygrywają tylko najwięksi z największych. 28 sierpnia na Memoriale Kamili Skolimowskiej poprawiła jeszcze ten rekord świata na 82,98!!! Była jeszcze w formie olimpijskiej i chciała na własnej ziemi dołożyć coś do tego rekordu świata z Rio. I oczywiście dokonała tego w rękawiczce Kamili Skolimowskiej, która z pewnością jej pomogła wypuścić ten młot. Ciekawe jest to, że w Rio Anita uzyskała lepszy rezultat od złotego medalisty w rzucie młotem mężczyzn. To już jednak inna historia i chyba jedna z najsmutniejszych dla Polski na tych Igrzyskach. Anita jest złota pod każdym względem. Wielka wrażliwość, serce, dusza, uśmiech, skromność. To są cechy mistrza. Ona ma to wszystko. Do tego oczywiście ciężka praca. Rzucanie młotem pod mostem np. Tak się wykuwa mistrzostwo olimpijskie, bo nie zawsze jest lekko. Mówi, że stać ją na rzucenie 85 metrów!!! Przygotowała olimpijską formę na Rio i zobaczymy czy starczy jej motywacji, bo osiągnęła w tym sporcie już absolutnie wszystko, a rekord świata może nie zostać pobity przez bardzo długie lata. Taki talent się trafia raz na kilkanaście lat jak nie więcej. Czapki z głów za to czego dokonała w sierpniu 2016 roku na brazylijskiej ziemi, a potem na polskiej...

 

SREBRO - PIOTR MAŁACHOWSKI - rzut dyskiem, ocena 4-

 

Tutaj jest kłopot z oceną, ponieważ Piotrek jechał po złoto. Miał już srebro z Pekinu, a w Londynie nie był w formie. To miało nastąpić tu i teraz. W Rio miał spiąć klamrą pasmo swoich sukcesów. Właśnie złotem olimpijskim. Tylko tego mu brakowało. To bardzo sympatyczny facet i bardzo lubiany przez rywali. Rzadko się zdarza, żeby mistrz olimpijski oklaskiwał srebrnego medalistę na podium. Darzą go wielkim szacunkiem rywale. Robert Harting powiedział, że Małachowski jest zwierzyną na którą poluje reszta rywali. Powiedział też coś co okazało się przysłowiową klątwą. Nazwał Piotrka po Pekinie "srebrnym chłopakiem". W Rio sam nie wszedł do konkursu, ale co z tego. Było tam dwóch innych Niemców. Zresztą Robert właśnie wygrał przed Małachowskim w Pekinie. Jednym z nich był młodszy brat Hartinga, który nie osiągnął jeszcze nic na arenie międzynarodowej. Podejrzewam, że nawet Robert Harting życzył Polakowi złota jak i cała Polska, bo tego faceta tak jak i Anity nie da się nie lubić. Już eliminacje były w Rio toczone w deszczu. Mokre koło zawsze jest przeszkodą i dlatego Harting sobie nie poradził. Piotrek wygrał kwalifikacje z wynikiem 65,89m. Finał był natomiast toczony w pełnym słońcu co mogło troszkę rozleniwić konkurs. Tak też było. Wiało nudą. Piotrek robił swoje. Pierwsze trzy rzuty najdalsze w konkursie. 67,55m. wydawało się, że było poza zasięgiem rywali. Małachowski przyjechał tu z najlepszym wynikiem na świecie. Rywale jakby spali, a Piotr się rozluźniał. Włożył wszystkie siły w pierwsze trzy rzuty. I przyszła ta szósta kolejka. Miało być odliczanie. Piotrek już się uśmiechał do kamery. Witał się z gąską. I zaskoczył Estończyk. Przerzucił obu Niemców. Zrobiło się gorąco. Najpierw jeden spiął się i przerzucił Estończyka. W tym momencie Christoph Harting był poza podium. Wysoki Niemiec z dużym zasięgiem ramion rzucał w całym konkursie ładnie technicznie. Wyglądało to bardzo swobodnie. Bałem się, że wyjdzie mu jakiś daleki rzut... Był w stanie taki oddać. I oddał... Zmobilizował się i machnął 68,37m.!!! Najlepszy wynik w sezonie i rekord życiowy. Co można powiedzieć po czymś takim? Tak się właśnie wygrywa Igrzyska Olimpijskie. Małachowski jak i wszyscy nie wierzyliśmy własnym oczom. Z takiego leniwego, spokojnego konkursu gdzie wszystko było jasne nagle, zrobił się horror i dramat naszego zawodnika. Trzech rywali rzuciło najdalej w szóstej kolejce w całym konkursie. To samo działo się w innych konkurencjach rzutowych w Rio. Wszystko się rozstrzygało w ostatniej kolejce. Piotrek już się nie zebrał. Nie był w stanie odpowiedzieć. On już był całkowicie rozluźniony. Nikt go nie naciskał przez 5 kolejek... Dramat... Tak było blisko, a Niemcowi musiał akurat wyjść rzut życia. Coś jak rzut oszczepem naszej Andrejczyk. Magiczny rzut... Piotrek przyznawał, że się nie podda i powalczy do Tokio 2020 roku. Po tym konkursie już w zawodach Golden Ligi nie rzucał daleko. Forma była na Rio. Pewnie nadal ma to w głowie. Życzę mu, żeby dotrwał do Rio, ale to nie będzie takie proste. Potrzebne jest zdrowie, forma, brak urazów. To było tu i teraz... To miało nastąpić w Rio... Czy mógł zrobić coś więcej??? Ciężko się nakręcać jak się oddaje 3 pierwsze najdalsze rzuty w konkursie. Czy mógł rzucić ponad 68 metrów? Jakby był naciskany to kto wie. Czy to może po prostu klątwa braci Hartingów od której się nie może uwolnić. Tak przepadło takie pewne złoto... Tyle, że w sporcie jak i w życiu nie ma nic pewnego. Tak się ułożył konkurs i w sumie Polak zrobił co mógł. Przeszkodził ten Estończyk... Rozruszał na koniec Niemców, którzy byli uśpieni i zadowoleni z miejsc na podium. Przecież z Polakiem się nie dało wygrać w tym sezonie olimpijskim... Estończycy też zabrali medal naszej czwórce podwójnej w wioślarstwie... Taki mały kraj, a namieszał nam w Rio...

 

BRĄZ - WOJCIECH NOWICKI - rzut młotem, ocena 4-

 

Dlaczego tak surowo dla medalistów olimpijskich? Dlatego, że patrzę na potencjał i na możliwości w danym momencie. Wojtek jest już brązowym medalistą ME, MŚ, a teraz też Igrzysk Olimpijskich. Brązowy chłopak. Nie ma się co dziwić jak ma się takiego rywala w kole jak hegemon Paweł Fajdek... I zawsze ktoś się trafi na drugie miejsce. W Rio było inaczej. Była niepowtarzalna szansa na złoto. To się zdarza być może raz w karierze i Wojtek to wiedział przed finałem. On to czuł. Wiedział, że jest świetnie przygotowany. Wygrał eliminacje z wynikiem 77,64m. Widać było, że technicznie jest ułożony i że wygląda to swobodnie. Był w stanie rzucić pod 80 metr, a to by dało mistrzostwo olimpijskie. W finale przecież nie było Fajdka... W młocie męskim szykowaliśmy się na dwa medale. To miał być polski złoty młot w Rio. Para królewska - Anita i Paweł i do tego medal Wojtka. W finale Nowickiego zjadały nerwy i sędziowie nie pomagali. Minimalnie spalony pierwszy rzut. To miał być rzut na wejście do ósemki, ale zaczęły się nerwy i kłótnie z sędziami, a to nie pomaga. Drugi rzut i... spalony. Nie dość, że Fajdek nie wszedł do konkursu to się szykował kolejny koszmar w Rio. Ostatnia trzecia próba i 74,94m. Mało, ale dało to siódme miejsce. Na dodatek okazało się, że drugi rzut jednak sędziowie zaliczyli jako mierzony. Tyle, że Wojtek był już kłębkiem nerwów. Spalił 3 rzuty w konkursie. Nie mógł się zebrać w tym kole. Za dużo nerwów, za dużo myśli. W głowie tkwiło, że może to wygrać. Rywale jak na finał konkursu olimpijskiego rzucali słabo. Najsłabiej od wielu lat. Meksykanin przed szóstą kolejką był na trzecim miejscu!!! Szok... Co za konkurs. Co tu się dzieje? Nie ma Pawła, Wojtek rozsypany, Meksyk na podium... Na całe szczęście Nowicki w ostatniej próbie się zebrał i młot poszybował na 77,73m. Kilka centymetrów dalej od wyniku z eliminacji, a przecież tam ten rzut wyglądał swobodnie. Widać było rezerwę. Zdobył brązowy medal, ale była pewnie jedyna szansa w życiu na złoto, bo takiego potencjału jak Fajdek nie ma. On to wiedział, on to czuł. Dlatego nie był zadowolony z tego brązu. Nie dziwię mu się. Pokazał tylko sobie, że umie powalczyć i że mimo ogromnych nerwów potrafi to uspokoić i oddać rzut na miarę możliwości. Jakby był Paweł to Wojtek cieszyłby się z brązu, a tak czuł wielki niedosyt. Wystarczyło rzucić pod 79 metrów, bo konkurs był tak słaby. On był w stanie to spokojnie zrobić, a taka szansa się może nie powtórzyć. Pewnie przeżywał to samo co Małachowski. Jesteś w formie, czujesz to, otwiera się szansa na coś wielkiego i nie udaje się... Wszyscy byli załamani, że Fajdek nie wszedł do konkursu, a ja się przyglądałem Nowickiemu. To by była piękna historia... Złoto Nowickiego w zastępstwie za Pawła. Było jednak inaczej i ostatnim rzutem udało się wyrwać brąz. Jakby ten Meksykanin stał na podium to byłaby jakaś katastrofa dla polskiego męskiego młota!!! A tak brązik na otarcie łez i Nowicki ma już komplet brązowych medali. Może on jest właśnie "brązowym chłopakiem" tak jak Małachowski "srebrnym chłopcem Igrzysk"?

 

 

 

A co w piłce? Wpadka z Kazachami i sukces beach soccera polskiego

Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport
Tagi: beach soccer, piłka nożna, polska
08. września 2016 22:42:00

Tego chyba się nikt nie spodziewał. To było coś jak brak awansu Fajdka do finału w Rio w rzucie młotem. Podobny kaliber... Za to dziś sukces świętują piłkarze plażowi. Po 11 latach zagrają na mundialu, a więc kolejny sukces polskiej piłki.

 

WPADKA Z KAZACHSTANEM

Dawno polska kadra nie przystępowała do jakichkolwiek eliminacji z taką pewnością siebie i przeświadczeniem, że są mocni. Często po eliminacjach, czy finałach MŚ czy ME, które były nieudane dla kadry zmieniano selekcjonera. Nowy pomysł, nowa taktyka, budowanie szkieletu drużyny. Teraz jest całkiem inaczej. Jest świetnie, bo przecież ćwierćfinał EURO się nie zdarzył nigdy. Wielki sukces i o mały włos, a byłby półfinał. Jest trzon kadry, jest silna jedenastka, są wykonawcy, jest duch w ekipie, zgranie formacji. Wszystkie klocki poukładane przez Nawałkę. To wszystko działało świetnie podczas ME. Potem transfery latem. Wielu piłkarzy zmieniło kluby. Ten suckes bez echa nie pozostał. Do Kazachstanu jechali jak po swoje. Nawet bez Grosika, Pazdana. Nieważne jakim składem to trzeba było wygrać. Co prawda nawierzchnia nie była wspaniała, ale co mają powiedzieć specjaliści od beach soccera zakopani w piasku... I wszystko szło gładko. 2:0 i... stanęli. Dwie okazje Kazachów, a po przerwie to nasi biegali jak dzieci we mgle. Nie tak miało być. To przeciwnicy mieli tak latać nie wiedząc co się dzieje. Bramki to szkolne błędy obrony. Obrony, która na EURO dawała popis skutecznej gry. Nie można dać strzelić Kazachom dwóch bramek prowadząc 2:0!!! I to na dodatek w łatwy sposób. Od 60 minuty oni już tylko w zasadzie się kładli na boisku, udawali kontuzje, przeszkadzali. Niestety nasi jakoś się wkomponowali w tę sztuczną, zniszczoną nawierzchnię i nie grali lepiej. Nie grali jak na EURO. Wdali się w kopaninę bez ładu i składu. Jakbym nie wiedział z kim grają Kazachowie to bym pomyślał, że z jakąś Armenią czy kimś takim. Słabo to wyglądało. To początek sezonu i piłkarze mieli mało czasu na odpoczynek po EURO. Na dodatek transfery, nowe kluby, nowe otoczenie. To wszystko miało wpływ. Tu trzeba było po prostu utrzymać spokojnie te 2:0. Taka klasowa drużyna powinna to uczynić bez problemu nawet na kartoflisku czy plaży... Grupa jest bardzo wyrównana i uważam, że trudniejsza niż w eliminacjach do EURO. Na dodatek najlepiej ją wygrać, żeby nie martwić się w barażach. Tu każdy z każdym będzie tracił punkty. Następny mecz z Danią trzeba wygrać u siebie. To będzie bardzo ważne, bo inaczej zrobią się kłopoty. Może taki kubeł zimnej wody się przyda dla kadrowiczów. Poczuli się może za pewnie, a piłka jest czasami brutalna i Kazachowie to pokazali. Z Danią już trzeba wyjść na boisko w jak najmocniejszym składzie i w pełni skoncentrowanymi.

 

BEACH SOCCER NA MUNDIAL JEDZIE:))

A to sensację nasi sprawili, ale zasłużyli na to. Grali bardzo ambitnie i do końca. Wierzyli w to w każdej sekundzie i to było widać na piasku... Z Ukrainą przegrywali już 1:3 i wyciągnęli w trzeciej odsłonie wynik. Zdołali zwyciężyć. To ich napędziło przed dzisiejszym meczem z Rosją. Zobaczyli, że mogą awansować na mundial w przyszłym roku. Do tego jak się wyciąga mecz z 1:3 z mocną ekipą Ukrainy to wzrasta wiara i siła. I dziś tak było. W życiu bym nie pomyślał, że Rosjanie dwa razy zdobywali tytuł mistrza świata. To polska drużyna była lepsza. Jakoś tam się udało Rosjanom doprowadzić do remisu 3:3, bo lekko zgaśli nasi. W tej drugiej odsłonie to wyglądało nie najlepiej. W pierwszej super. I przyszła ta trzecia... Saganowski to bohater tego spotkania. Kontuzja z Ukrainą, obandażowana noga, a dziś źle upadł i coś sobie zrobił z barkiem. BRAVE HEART polskiej kadry ani myślał nie grać dalej bez jednej ręki w zasadzie. Co prawda skakać już do przewrotek nie mógł, ale bramkę zdołał strzelić na 4:3. Niewiarygodna ambicja tego siwiejącego zawodnika. On wiedział, że to jest tu i teraz. Koledzy też. Nadstawiali głowy jak Rosjanie strzelali, upadali w piach cuceni wodą. Wielki charakter tego zespołu. Wiedzieli, że mają dziś szansę na coś wielkiego i to im dawało siłę do walki. Rosjanie musieli to wygrać na papierze, a nasi mieli walczyć jak lwy na piachu. I tak walczyli do samego końca. Bramkarz świetnie bronił, nasi nie wykorzystali nawet karnego, ale wciąż wierzyli... Może nie jest to dyscyplina olimpijska, a szkoda. Bardzo dynamiczna, szybka. Fajnie się to ogląda. Wspinaczka skałkowa będzie, deskorolka też, a beach soccera nie ma... Szkoda, bo nasi się rozwijają. Na te eliminacje przyszykowali genialną formę. Nikt na nich nie stawiał i to jest piękne w sporcie. I super, że w polskim wykonaniu. To tak na osłodę po Kazachstanie i Rio... Dodam, że świetnie też grają koszykarze w eliminacjach EURO, a hokeiści na lodzie akurat nie sprawili niespodzianki, a też mieli szansę awansować na Igrzyska od bardzo dawna. Jeszcze to jednak za wysokie progi, ale są coraz lepsi. Powoli dobijają się do awansu do MŚ. Może będzie awans w 2022 roku na Igrzuska Zimowe... Dziś jednak to triumf beach soccera sprawił wiele radości. Brawo "Sagan" i brawo jego koledzy. Można osiwieć i uderzać z przewrotki... To jest jakieś pocieszenie dla mnie:))

Fatum "Radwy"? Przypadek czy norma?

Autor: rasmarsom | Kategorie:
Tagi: agnieszka radwańska, tenis ziemny, us open
08. września 2016 21:33:00

Ćwierćfinał US Open znów nie dla Agnieszki. Czy to jakaś kolejna klątwa w polskim sporcie? Czy może jednak tak ma być i nie jest to przypadek...

 

Wydaje mi się, że tak ma być po prostu. Agnieszka w turniejach Wielkiego Szlema nic nie osiągnęła. Oczywiście ma finał jej ulubionego Wimbledonu, ale to wszystko. Do tego dwa półfinały Australian Open i dwa Wimbledonu. Jak na tyle sezonów w cyklu WTA to troszkę mało. Na dodatek jest ona w ścisłej czołówce rankingu. Umie wygrywać turnieje, bo ma przecież 19 zwycięstw, ale turniej Wielkiego Szlema to co innego. Tutaj wszyscy się mobilizują, bo daje to sławę i splendor. W dwa tygodnie trzeba rozegrać więcej spotkać niż w zwykłym turnieju tygodniowym. Trzeba odpowiednio szafować siłami. Oczywiście są też turnieje WTA Premier gdzie też się gra dwa tygodnie i Agnieszka wygrywała czy w Miami czy Pekinie. Więc potrafi grać na najwyższym poziomie dwa tygodnie. Najlepiej jej idzie jednak jesienią. Korty w Azji jej bardzo pasują, a może to rywalki już są zmęczone sezonem...

 

Ktoś powie, że jest trudniej, bo jest ta Serena Williams, ale ona też potrafi przegrać jak rok temu z Robertą Vinci w US Open... Tak patrzę kto w ostatnich latach oprócz Sereny wygrywał turnieje Wielkiego Szlema. I są to zawodniczki z którymi Radwańska wygrywa bądź wygrywała. Na Li, Petra Kvitova, Marion Bartoli, Flavia Pennetta, Samantha Stosur, Angelique Kerber, Garbine Muguruza... Każda z nich miała swoje 5 minut. Radwańska wciąż na to czeka... Czy się doczeka? Zawsze ktoś się trafia mocniejszy od niej. Już nie piszę o Serenie, ale potrafi niespodziewanie przegrać z kimś, z kim ma teoretycznie wygrać. I to się powtarza. Nawet w Wimbledonie w tym roku uległa Cibulkovej... A na tych kortach oczekiwania są największe ze startem Agi.

 

Nadzieje są przed każdym startem w Wielkim Szlemie. Sprawdza się drabinkę kiedy może trafić na Serenę. W tym roku w US Open ta drabinka była wymarzona. Dziś by grała być może w półfinale, bo jest w formie, a tak zagra tam sobie Pliskova z Sereną. Miała na drodze młodą Anę Konjuh z Chorwacji. Grała z nią na Wimbledonie w pierwszej rundzie i po dramatycznym boju wygrała. Młoda 19-letnia strzelba pałała żądzą rewanżu. I dopięła swego. Każda zawodniczka wie jak grać z Radwańską. Trzeba nie dawać jej szans na obronę, czyli grać naprawdę mocno. Nie wdawać się w długie wymiany, dużo atakować, returnować jej drugi serwis. Takich młodych pojawia się coraz więcej jak choćby Muguruza. I jak one mają dzień, że trafiają prawie wszystko to "Radwa" nie ma żadnych szans, bo ona nie zmienia stylu gry i nie przechodzi do ataku. Do tego trzeba mieć siłę. Konjuh miała... Dziwne są czasem pretensje komentatorów, że rywalka Agi gra za dobrze, za celnie i za mocno. Trzeba spojrzeć na to, że jak się gra piłki w pół kortu to łatwiej je kończyć. Czy Ana grała jakoś rewelacyjnie? Wcale nie. Na dodatek jest młodziutka i brak jej doświadczenia. Szkoda takiej porażki, bo Chorwatka przecież gładko uległa Pliskovej w ćwierćfinale. Agnieszka nie miała żadnych plastrów, ze zdrowiem w porządku wszystko. Na dodatek wygrała turniej w New Haven w wielkim stylu. Ja się zastanawiałem czy starczy jej sił, ale wyglądała dobrze. Ona po prostu nie ma takiego genu zwyciężczyni, takiej fighterki. Jak nie idzie to nie idzie. Nie ma wtedy atutów, żeby odwrócić losy spotkania jak rywalka ją naciska bez przerwy i jak trafia. Agnieszka bazuje na obronie ze względu na słabe warunki fizyczne. Świetny przegląd pola, świetne czucie, świetny nadgarstek. Dobrze biega do piłek. Potrafi wyciągnąć niewiarygodne piłki jak Murray. Często jej zagrania są określane najlepszymi w turniejach. Tyle, że obecny tenis kobiecy to jest siła. Serena, Kerber, Muguruza... Taki tenis przynosi sukcesy. Te młode też tak grają, ale przeplatają dobre mecze słabszymi. Wtedy Aga ma szansę taką strzelbę wytrącić z równowagi. Gorzej jak jest za dużo błędów własnych i nie ma pierwszego serwisu, a rywalka czuje szansę i trafia. Wtedy ciężko się na to patrzy. Na tę bezradność Polki. To i tak cud, że wygrała 19 turniejów. Ona jak atakuje z forehandu to całym ciałem, często kuca, żeby piłkę odbić. Drugi serwis to jakieś nieporozumienie. Czy będąc taką kortową "wszą i mendą" można wygrać turniej Wielkiego Szlema? Kiedyś napisałem, że nie i dalej wychodzi na moje...

 

Zaobserwowałem też jej występy na Igrzyskach oraz to, że nie przyjechała do Katowic na turniej. Coś mi mówi, że ona barwy biało-czerwone ma troszkę gdzieś. Troszkę jakby z musu to robiła, bo przecież nie wypada odmówić startu na Igrzyskach. Zawsze jej tam coś przeszkadza. Może za mało kasy płacą??? Albo i nic. Medal to sobie może złoty Portoryko zgarnąć, Djokovic może płakać po przegranej, bo zawiódł Serbię, Del Potro może całować kółka olimpijskie i sprawić, że Rio go pokochało i nie tylko Rio. Agnieszka natomiast narzekała, że nie mogła potrenować, że korty nie takie, że za późno przyjechała... To nie przystoi zawodniczce tej klasy. Baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy... Osobiście po prostu nie lubię jej charakteru, ale doceniam sukcesy. Tyle ile ona zrobiła to długo nikt nie pobije. Z pewnością nie Janowicz, bo on jest kontuzjogenny i taki słabowity. Wzrost jak Del Potro, ale nie ta siła. Coś czasem wygra, kogoś czasem pokona dobrego, ale to będzie wszystko. W meczu z Djokovicem wyglądał jakby to nie była pierwsza runda. Taki zmęczony jakby grał któreś spotkanie z rzędu. Djoko wyglądał jak na treningu. Jurek wyglądał strasznie... Pewnie ja tak wyglądam jak przebiegnę 10 kilometrów...

 

I co z tą Radwańską? Za chwilę turnieje w Azji, czyli jej fetysz. Tam będzie szaleć i rozbudzać nadzieje na Australian Open. Potem na Roland Garros odpadnie wcześnie i pora na Wimbledon. Tam znów się jakaś znajdzie co ją pokona i US Open potem i 4 runda... Na szczęście są turnieje w Azji i na koniec najlepsza ósemka gra Mastersa na dobicie zawodniczek na koniec. Tam Aga wygrała rok temu odnosząc największy sukces w karierze. Nie spełni się jednak jeżeli nie wygra Australian Open czy Wimbledonu. Na US Open nie ma co liczyć... Po raz kolejny zawiodła i też jednak robi się coraz starsza... Czasu coraz mniej, a młode jak Konjuh naciskają i nie mają respektu...

 

radiopestka | projektdomu | kormotrin | pefioricet | szara-codziennosc | Mailing