Najnowsze wpisy, strona 4


MOJA KARIERA BIEGACZA 6
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
01 marca 2024, 19:44

  Po pokonaniu maratonu wydawało mi się, każdy krótszy bieg jest po prostu żartem. Przekroczyłem kolejne bariery bólu. Potem bieganie naprawdę staje się inne. To chyba jest tak jak ktoś zdobywa mniejszy szczyt, a potem zdobywa ośmiotysięcznik. 05.10 wystartowałem sobie w biegu przełajowym u mnie w mieście. W głębi duszy wciąż jednak żyłem maratonem.

06.10.2013 rok RAKONIEWICE 10 km

   Tydzień po maratonie wystartowałem w Rakoniewicach. Prawie 1300 osób na tak krótkim biegu to imponująca liczba. Czas to równe 49 minut. Wiedziałem, że do końca roku ja już nic nie muszę. Nie nastawiałem się na jakieś czasy wybitne. Swoje już zrobiłem.

26.10.2013 rok LOVE RUN ZATOŃ DOLNA 5.5 km

   Zastanawiałem się jakie mam sobie nowe cele stawiać i tego dnia chciałem poczuć pierwszy raz w życiu jak to jest prowadzić od startu. Była niewielka liczba uczestników więc postanowiłem wystartować bardzo mocno od początku. Chciałem poczuć chociaż przez kilkanaście sekund jak to jest prowadzić. I faktycznie tak się stało. Prowadziłem może jakieś 100 metrów. Zaczął mnie wyprzedzać chłopak, który chyba ujrzał we mnie rywala w walce o zwycięstwo. Dzięki temu mam fotki na których widać, że jestem liderem. O to mi chodziło. Zawsze coś znajdę, żeby się wyróżnić. Na tych zawodach jednak dokonałem czegoś co przejdzie do mojej historii. To był bieg miłości i zgadnijcie kto też brał w nim udział... Dziewczyna, którą poznałem w sierpniu w Szczecinie na Półmaratonie. Prowadzono klasyfikację dla zakochanych par. Ja z nią spotkaliśmy się na trasie, bo przecież nie ma przypadków. Postanowiliśmy, że wbiegając na metę złapiemy się za ręce. Spiker ogłosił, że oto wbiega pierwsza para zakochanych. Czy on wiedział coś czego ja nie wiedziałem ani ona? Może to było przeznaczenie... Nie wiem i się nie dowiem. Na dekoracji nagle wyczytali Nas, że wygraliśmy Bieg Zakochanych. Byliśmy w dużym szoku, bo przed zawodami pary, które rywalizowały w tej kategorii zapisywały się. My się nie zapisaliśmy. Nie wiedzieliśmy jak mamy zareagować więc trzymaliśmy się za ręce i odebraliśmy nagrody. Skopiowałem sobie nawet artykuł z gazety z mojego miasta gdzie jest wyraźnie zaznaczone, że wygrałem z koleżanką klasyfikację Zakochanych Par. Pierwszy i jedyny raz wygrałem. Odbyło się to w dziwnych okolicznościach, ale fakt jest faktem. Może dlatego chciałem prowadzić od początku ten bieg. Może czułem, że dziś wygram, ale nie wiedziałem jeszcze jak. To nie ostatni raz gdy się z nią spotkałem. Zadawałem sobie to pytanie z czasem czy to jest przyjaźń czy zakochanie. Nie wiem jak ona to wszystko odbierała. Zabrakło mi odwagi, żeby zaryzykować i się przekonać. Łatwiej mi było pokonać maraton. Tu chyba zostawiłem to tak, żeby było jak było. Tak czy owak nasze spotkania nie były przypadkowe. Pierwszy półmaraton jej w moim towarzystwie, potem wygrywamy Bieg dla Zakochanych. Może ktoś na górze dawał mi znaki, a ja myślałem sobie, że nie to nie ja. Gdzie ja do niej. Co ja sobie w ogóle wyobrażam. Miesiąc wcześniej czułem się jak zwycięzca po maratonie, a tutaj zostałem uwieczniony jako zwycięzca na kartach historii tego biegu. Wszechświat jak Ci sprzyja to dzieją się cuda, ale czasem musisz zrobić następny krok. Nigdy go nie zrobiłem jeżeli chodzi o tę koleżankę.

27.10.2013 rok GRAND PRIX SZCZECINA 5 km

   Następnego dnia pobiegłem sobie króciutkie zawody, czas to 25:26. Dzień wcześniej nie zmęczyłem się jakoś bardzo mocno, bo przecież Bieg Zakochanych miał tylko 5,5 kilometra chociaż pamiętam, że trasa łatwa nie była. Nazajutrz w Szczecinie trasa była jednak bardzo łatwa więc mogłem sobie pobiec.

08.11.2013 rok BALETY KLUBOWE

  Tego dnia wybawiłem się za wszystkie czasy. Coroczne balety klubowe gdzie mogłem pokazać mój potencjał taneczny i tak się też stało. Zatańczyłem też prawie z każdą kobietą, ale ta impreza dla mnie miała mieć inne znaczenie. Koleżanka z którą wygrałem Bieg Zakochanych miała też tu być, ale nie mogła. Nie pamiętam już dlaczego. Pamiętam jednak, że chciałem się przekonać czy coś nas łączy. Alkohol, taniec. To byłby idealny moment, żebym nabrał odwagi. Niestety nie stało się tak. Nie o to chodzi, że nie bawiłem się świetnie, ale brakowało mi jej na tej imprezie. Może to by było za dużo jak na ten cudowny rok. Pełno startów, podróży, debiut w maratonie i jeszcze miłość. Nieważne co w zasadzie, ale chociaż bym wiedział i chciałem się przekonać o tym. To była moja najlepsza impreza w życiu, ale nie pamiętam, żebym czuł się tak zdołowany jak wracałem do domu. Znów wracałem sam jak z zawodów. Często miałem takie dziwne poczucie, że każdy kogoś ma, a ja nie. Może to nie był czas na miłość. Może okazałoby się, że jestem dla niej tylko fajnym kolegą. Może tak miało być po prostu.

10.11.2013 rok GRAND PRIX NATURY 5 km SZCZECIN

   Kolejny start i czas 27:58. Krótki bieg. Tak się rozpędziłem, że zdarzały się weekendy, że startowałem dzień po dniu. Czy dla maratończyka jest coś niemożliwego? Absolutnie nie. Jeżeli chodzi o bieganie to był mój czas.

 

11.11 2013 rok GOLENIÓW 10 km

   Nazajutrz po Szczecinie pojechaliśmy na duże zawody. Pod koniec roku zawsze tam startuje dużo zawodników i przyjeżdżają też gwiazdy sportu polskiego. Było prawie 1000 osób. Była też koleżanka, której nie było na imprezie klubowej. Przyjechała ze swoją ekipą i był czas, że się widzieliśmy po zawodach. Z Goleniowa zapamiętam jednak, że większą część pokonałem z inną koleżanką. Jak już pisałem spodobało mi się bieganie w towarzystwie kobiet i tutaj znaleźliśmy sobie cel. Osiągnąć czas poniżej 50 minut. Taki czas przywoitości i daliśmy radę. Ja bez przerwy kontrolowałem czas i motywowałem ją, że damy radę. Musieliśmy jednak pociągnąć mocno końcówkę. Miałem czas 49:54, a ona 49:56. Bez przerwy wierzyłem, że nam się to uda, ona troszkę mniej. Niejednokrotnie się już jednak przekonałem, że jak w coś mocno wierzysz to ci się to uda. Jak zarazisz tą wiarą też kogoś to sprawisz, że uwierzy w to. To był kolejny raz, że komuś pomogłem na zawodach. I za każdym razem tej osobie udało się osiągnąć to o czym marzyła.

16.11 2013 rok BIEG GÓRSKI GRYFINO

   Już wiedziałem z czym to się je, a dystans to niby tylko 3 killometry. Uzyskałem czas lepszy niż na początku roku, bo 15:50. Zapamiętałem jednak z tego biegu to, że przegrałem z bratem, który biegał rzadko, a już tym bardziej na zawodach.

24.11.2013 rok GRAND PRIX SZCZECINA 5 km

   Okazało się, że brat postanowił pobiec na zawodach również w kolejny weekend. Dołożył mi prawie 2 i pół minuty, a na takim dystansie to jest przepaść. Ja miałem czas 25:12. Może to dlatego, że biegał na świeżości, a może ja słabłem z końcówką roku. To był przecież bardzo intensywny rok. Startów miałem co niemiara więc i kiedyś musiało przyjść zmęczenie.

15.12.2013 rok BIEG MARATOŃCZYKA 8 km SZCZECIN

  Bratu się chyba spodobało bieganie i trzeci raz wygrał ze mną, ale tylko o 20 sekund. Miałem czas 38:13. Pamiętam, że była fajna trasa i że biegło mi się fantastycznie. Co prawda nie starczyło to na pokonanie brata, ale ja się czułem świetnie w czasie biegu i po. Końcówka roku to już jednak były krótkie dystanse i w najbliższej okolicy.

21.12.2013 rok GORZÓW 5 km

  Ostatnim startem w tym roku był Bieg Mikołajkowy w Gorzowie i znów przegrałem z bratem... 24:36 to był mój czas i przegrałem z nim o 40 sekund.

  Cały rok był jednak ze wszechmiar udany. Na szybko naliczyłem 4 półmaratony, 7 dyszek i 3 15-kilometrówki i oczywiście maraton. Nie policzyłem jednak biegów, które miały mniej niż 10 kilometrów. Łącznie aż 28 dni z zawodami. Praktycznie co drugi weekend gdzieś byłem, a zdarzały się intensywne okresy, że co tydzień. Co jest warte zapamiętania? Przede wszystkim ludzie z grupy biegowej Hermes bez których to wszystko byłoby niemożliwe. Każdy miał swoje cele, marzenia i pragnienia, ale byliśmy w tym wszystkim razem. To nas łączyło. Realizowanie swoich pasji i marzeń z innymi jest pełniejsze. Niektóre wspomnienia są wciąż żywe, z niektórych biegów niewiele się pamięta, ale jak to się mówi : "byłem tam miód i wino piłem". I co jest piękne w tym wszystkim, że tego nikt mi nie zabierze. Nie wiedziałem co mnie czeka w 2014 roku, ale żar wcale we mnie nie gasł. Byłem gotowy na kolejne wyzwania i doznania. 2013 rok był jednak wyjątkowy w moim życiu, bo przecież przebiegłem pierwszy maraton. Liczba miejsc w których byłem jest imponująca. Wygrałem też pierwsze zawody w życiu co prawda w parze, ale zawsze. Nie wiedziałem co też myśleć o tej koleżance, bo nasze drogi jakoś dziwnie się łączyły.

MOJA KARIERA BIEGACZA 5
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
01 marca 2024, 17:03

07.07.2013 rok Jarosławiec 15 km

   Takich zawodów się nie zapomina. Urokliwa miejscowość nad samym morzem. Naprawdę piękne miejsce, ale w wyniku gorąca i trasy bieg był bardzo ciężki. Wiedzieliśmy, że pierwsze 5 kilometrów trzeba będzie pokonać po plaży. Nikt jednak, nawet Ci co tu startowali w poprzednich latach nie zdawał sobie sprawy co nam zafundują organizatorzy. Nastawialiśmy się, że będziemy biec brzegiem morza gdzie jest najłatwiej lecz jakież było zdziwienie nasze gdy okazało się, że pierwsze 2 i pół kilometra będziemy musieli pokonać w kopnym piasku. Niektórzy szli, niektórzy ściągali buty. Ja jednak próbowałem bez przerwy biec. Można sobie sprawdzić latem nad morzem jak się biegnie ponad 2 kilometry po piasku. Oczywiście jest to fajny trening na mięśnie, ale przecież cały dystans liczył 15 kilometrów. Powrót był już jednak brzegiem morza na całe szczęście. Nie pytajcie jednak jak się czuły moje mięśnie jak wybiegałem z plaży. Czułem się jakbym już miał w nogach 15 kilometrów, a jeszcze przecież zostało 10. Trasa i upał dawały się we znaki. Koleżanka przypłaciła to groźnym upadkiem na asfalcie. Nie chciała nawet poddać się opiece medycznej. Adrenalina długo trzyma, a biegacze czy biegaczki to twardzi ludzie. Jak dobrze smakowało potem piwo po takim wysiłku. Czas 1:24:20 też ciężko odnieść do czegokolwiek, bo przecież nie codziennie biega się w kopnym piasku. Typowy bieg na przetrwanie.

13.07.2013 rok STARE OBJEZIERZE 10 km

  Tydzień po Jarosławcu udaliśmy się do małej mieściny na bardzo kameralny bieg. Startowało tylko 40 zawodników. Takie miejsca mają jednak swój urok. Podejrzewam, że w ciągu roku niewiele się tutaj dzieje. Wygrałem nawet w losowaniu rakietę tenisową, którą już miałem okazję zagrać. Nie wiem skąd wiedzieli, że kocham tenis ziemny. Nie ma przypadków jak widać. Fajni ludzie, miła atmosfera. Kojarzę, że spotkałem na trasie człowieka, który opowiadał mi, że dzięki bieganiu wyszedł z alkoholizmu. Bieganie pomaga walczyć ze wszelkimi uzależnieniami. Ja wygrałem swoją walkę z depresją, inni też wygrywają ze swoimi uzależnieniami. Czas miałem 49:54, a więc bez szału. Pamiętam jednak, że tego dnia moje ciało nie pracowało tak jak chciałem. Długo doprowadzałem moje mięśnie do jako takiej elastyczności. Tydzień chodzenia z listami powodował, że nigdy nie wiedziałem jak się będę czuł w weekend na zawodach.

27.07.2013 rok MORYŃ 12 km

   Jedno z piękniejszy miejsc w okolicy. Cudowne jezioro i lasek kolo niego. Miejsce do jeżdżenia rowerami, do biegania i spacerowania. Bardzo ładnie wszystko zrobione. Urokliwe miejsce bardzo. Zawsze jest tam bardzo gorąco, ale jak ma być w pełni lata pod koniec lipca. Czas 59:22. Nie kojarzę, żebym biegał gdzieś indziej na takim dystansie. Miejsce do którego chce się wracać i często tam bywaliśmy nie tylko na zawodach. Po takim wysiłku w pełnym słońcu piwo czy piwa szybko powodują stan nieważkości. Sezon startowy w pełni więc rzadko zdarzały się weekendy jak widać bez startów. Zdrowie dopisywało, forma też więc świetnie się bawiłem poznając nowe miejsca.

03.08.2014 rok PÓŁMARATON NOTECKI

  Przyszedł czas na kolejny półmaraton na którym uzyskałem chyba najgorszy czas w karierze na tym dystansie. 1:58:33 to naprawdę bardzo słabo, ale przecież od czerwca startowałem prawie co tydzień. W pewnym momencie może nastąpić zmęczenie materiału czy gorszy dzień. Po drugie w tygodniu nie miałem pracy siedzącej więc kilometry z listami też miały wpływ na różną dyspozycję. Są takie dni, że czujesz, że to nie dziś więc wtedy nia nastawiasz się na jakiś wybitny czas. Czerpiesz radość z tego, że znów jesteś w nowym miejscu. Z tych zawodów akurat nie mam ani jednej fotki, a i wyniki było ciężko znaleźć. Startowało niewiele ponad 100 osób więc było kameralnie.

10.08.2013 rok Boleszkowice 8 km

  Kolejny miły i kameralny bieg. Mniej niż setka uczestników i mój czas 40:55. Dzięki biegom w takich małych miejscowościach człowiek jest w miejscach, w których nigdy by nie był.

25.08.2013 rok PÓŁMARATON GRYFA SZCZECIN

   To był niezapomniany półmaraton, ponieważ przed biegiem poznałe pewną urodziwą i bardzo pozytywną biegaczkę. Są takie kobiety, które po prostu swoim byciem, otwartością i energią powodują, że faceci wręcz lgną do nich. Ona taka była. Miała ten magnes w sobie i zdarzyło się tak, że pobiegłem z nią cały półmaraton. Ona debiutowała, a ja już jednak byłem doświadczony w półmaratonach. Pierwszy raz przebiegłem zawody z kimś. Na dodatek z kobietą więc czy można sobie wymarzyć lepsze towarzystwo. Czas 1:53:09 uzyskaliśmy gdyż razem wbiegliśmy na metę trzymając się za ręce. Ona nie mogła pojąć jak ja mogę cały prawie bieg gadać. Mówiła, że ja się nie męczę. Po prostu jakoś tak miałem i mam, że mogę biec i rozmawiać. To, że z nią biegłem dawało mi takie poczucie wyróżnienia. Ciągło mnie do niej od początku. Okazało się, że miała chłopaka i potem w życiu przekonałem się, że to nie ma znaczenia. Każdy wagon można odczepić. To, że ktoś kogoś ma to wcale nie oznacza, że układa im się, to nie oznacza, że będą razem do końca życia. Nie oznacza, że to jakaś wielka miłość. Ta dziewczyna po prostu przyciągała sobą. Są takie momenty w życiu, że trzeba zaryzykować. Tak czy owak to było dla mnie nowe doświadczenie. Biec prawie 2 godziny z kimś. Świetnie się czułem w trakcie biegu i po co jest zrozumiałe. Potraktowałem to jako fajną przygodę i nie wiedziałem czy ją spotkam jeszcze kiedykolwiek. Tak czy owak w czasie wielkiej liczby startów czułem się fantastycznie, ale jednak byłem sam, ale nie samotny. Marzyłem po cichu o poznaniu fajnej dziewczyny. Jeżeli czegoś mi brakowało w tamtym okresie to właśnie miłości. Tego dnia jednak czułem się bardzo wyjątkowo. Prawie 1300 osób, a ona mnie dostrzegła... Czułem się wybrańcem. W następny weekend czyli 01.09 w piątkę postanowiliśmy, że zrobimy sobie Bieg Twardziela na 32 kilometry po okolicznych wsiach. Zatrzymywaliśmy się, robiliśmy zdjęcia. Szalony pomysł, ale wypalił, bo biegacze mają w sobie gen szaleństwa. Ja już myślałem o debiucie w maratonie za miesiąc więc to było idealne sprawdzenie się. Ponad rok startów na zawodach, a szczególnie półmaratony udowodniły mi, że jestem w stanie posmakować czegoś o czym sobie marzyłem w 2012 roku.

22.09.2013 rok BIEG NA K-2 SZCZECIN

  Nie wiem czy to był dobry pomysł, żeby na tydzień przed maratonem wystartować w biegu, który jest bardzo ciężki i łatwo jest ulec kontuzji. Pamiętam, że przed rokiem 3 razy podkręciłem kostkę. Spodobało mi się jednak bieganie z dziewczynami. Bieg morderczy, a jednak natura faceta jest tak silna, że ja na potężnym zmęczeniu jak usłyszałem za sobą dwie niewiasty, które mnie zaczepiały to jakoś tak przestałem myśleć o biegu. Z jedną z nich nawet długi czas biegłem i rozmawialiśmy. Jakby nie patrzeć zwali mnie Rasputinem więc uwielbiałem, uwielbiam i będę uwielbiał kobiety. Ważne jest, żeby to szło też w drugą stronę. Takie sytuacje zaczęły mi się przydarzać. Nic sobie nie zrobiłem na tym biegu na szczęście. Czas 54:12 i jak oglądam fotki to zrobiłem sobie mocny finisz. Czy ja jednak pamiętałem coś ciekawego z trasy? Wiadomo zbiegi, podbiegi, jakieś mostki, schody, błoto itd. Może i dobrze, że te dwie dziewczyny mnie zaczepiły, bo jeszcze bym zaczął szaleć i skręcił kostkę, a tak biegło mi się jakoś tak lekko. Za tydzień nadszedł jednak mój wielki sprawdzian i test, czyli maraton. 28.09 w Puszczy Goleniowskiej. Opisywałem już emocje związane z tym startem. Po tym wyczynie poczułem się prawdziwym biegaczem, a w sercu i duszy Wojownikiem. Podjąłem walkę i wygrałem ją. Uczucie szczęścia i spełnienia, ale nie czułem, że to koniec czegokolwiek. To było takie tylko spięcie klamrą ponad roku biegania na zawodach. Trafiłem w poczet maratończyków, a sobie udowodniłem, że stać mnie na wyczyny o których nawet nie śniłem. Z perspektywy czasu to wszystko było jak jeden piękny, niekończący się sen. Sen z którego nie chcesz się obudzić. Są takie momenty w życiu, że tak się czujemy. Po ukończeniu pierwszego maratonu wszystko jest piękne. Czujesz się jakbyś zdobył świat.

 

 

MOJA KARIERA BIEGACZA 4
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
29 lutego 2024, 21:29

 

26.05.2013 PÓŁMARATON TARNOWO PODGÓRNE

   Z tego biegu pamiętam to, że startowało aż 1000 osób, a jak na półmaraton to naprawdę spora liczba. Nazwano to Biegiem Lwa i w pakiecie startowym każdy otrzymywał taki fajny plecak. Używam go do tej pory. Czas to 1:55:43 więc jak na mnie słaby. Było bardzo dużo kibiców na trasie, a przecież biegaliśmy w małej wsi pod Poznaniem. Z całej tej kariery zapamiętałem to, że na biegach w Zachodniopomorskim było ubogo pod względem jedzenia po biegu, a w Wielkopolsce naprawdę można się było najeść do syta. Na Półmaratonie Gryfa dawali np. w Szczecinie po biegu tylko jakiś makaron z sosem pomidorowym i coś do picia. Dlatego bardzo się cieszyłem jak jechaliśmy gdzieś w rejony Wielkopolski. Ogólnie wrażenia z Tarnowa Podgórnego miałem bardzo pozytywne. Są takie miejsca w kalendarzu biegowym, że chcesz tam wrócić za rok. Za kilka dni 01.06 wziąłem znów udział w akcji Polska Biega. W porównaniu z rokiem wcześniejszym znałem już biegaczy z Hermesa. Oglądałem właśnie fotki i co ciekawe biegłem razem z Samurajem. Okazało się potem, że tam gdzie startowaliśmy razem to przybiegaliśmy do mety w prawie takim samym czasie. On zaczynał szybko, a ja wolno, ale przeważnie pod koniec się spotykaliśmy. Po prawie 10 latach okazuje się, że biegamy nadal w tym samym tempie, a przecież tyle lat minęło. Pewnie wolelibyśmy biegać szybciej, ale jak w to życiu są pewne przeszkody. Czy można się jednak pogodzić z tym, że nie wszystko zależy od nas? Samuraj ma wielkie serce do walki podobnie jak ja. Nieprzypadkowo tak go zwą. On walczy i będzie walczył, bo taki ma charakter. Ja na razie marzę, żeby palec do siebie doszedł i żeby łydka zaczęła pracować normalnie. Jest jedno zdjęcie z tej akcji Polska Biega gdzie jestem ja, Samuraj i SuperMario. On za chwilę będzie miał na koncie 100 maratonów... Trzeba być szalonym, żeby tego dokonać.

02.06.2013 rok PÓŁMARATON POCZDAM

  Tydzień wcześniej biegałem półmaraton i niby to nie jest jakiś nadludzki wysiłek, ale raczej nie startowałem tydzień po tygodniu w półmaratonach. Tutaj jednak zdarzyło się inaczej czego nie planowałem. Okazało sie, że ktoś opłacił startowe i nie mógł pobiec. Znalazło się wolne miejsce i ja wskoczyłem w nie. Pierwszy raz i jedyny mogłem wystartować w Niemczech. Oczywiście nie biegłem pod swoim imieniem i nazwiskiem więc przyjąłem na ten bieg inną tożsamość. Miałem jednak obawy czy Niemcy mi nie sprawdzą dowodu osobistego. Nie sprawdzili jakimś cudem. Znam nieźle niemiecki więc szybko się odnalazłem tam. Nigdy nie widziałem wcześniej tylu zawodników na starcie. Jak nastąpił wystrzał startera to ja przekroczyłem linię startu po 5 minutach. Nie pamiętam ile było osób. Myślę, że tak jak na dużych maratonach w Polsce, czyli 2000 osób. Ja uzyskałem czas 1:54:09, ale przeżycia były bardzo fajne. Biegacze wiedzą jak to jest przed samym startem gdy nagle jest potrzeba skorzystania z toalety. Oczywiście na dużych zawodach jest wiele Toy-toyów, ale zawsze miałem wrażenie, że im bliżej startu tym więcej ludzi czekało za potrzebą. Niejednokrotnie szukało się krzaków np. Ja nie zapomnę maratonu w Poznaniu jak nie miałem gdzie się załatwić i ruszyłem z dyskomfortem na trasę. Bez przerwy myślałem gdzie tu by pobiec w bok i ulżyć sobie. Nie było jednak gdzie i nagle cud się zdarzył. Naprawdę cuda się zdarzają. Biegnę i widzę przy krawężniku Toy-Toya. Jakby go tam specjalnie postawili dla mnie. Biegniesz, pełno ludzi, hałas i nagle wbiegasz do Toy-Toya i totalna cisza. Wychodzisz i biegniesz dalej. Tego nie zapomnę doznania tej takiej ciszy. Jakbyś na powiedzmy minutę czy dwie przenosił się w inny wymiar. Jakże ja jednak byłem szczęśliwy jak wracałem na trasę. Czasem człowiekowi mało do szczęścia potrzeba. To coś jak widzisz na pustyni fatamorganę tak ja ujrzałem Toy-toya w zasadzie na trasie. Tyle osób przed startem nagle chce korzystać z toalety, bo to stres po prostu. Ja w Poczdamie też miałem problem. Do startu 10 minut, a ja czekam w kolejce. Pogadałem sobie z miłą starszą parą Niemców i w zasadzie jak wyszedłem z toalety stanąłem na starcie i nastąpił wystrzał startera. Pamiętam też, że przyjechaliśmy tam na ostatnią chwilę busem więc trzeba było szybko ogarniać gdzie co jest. W zasadzie nie miałem żadnej rozgrzewki, może jakieś rozciąganie małe tylko. Miałem też wrażenie na trasie, że przez pierwsze 10 kilometrów bez przerwy kogoś mijam. Tłok był niesamowity. Dopiero po połowie dystansu troszkę się rozluźniło. Nigdy wcześniej ani potem nie miałem wrażenia takiego co do liczby miniętych osób. Biegłem prawie, że slalomem czasami. Zająłem 1050 miejsce więc jak ktoś odgrzebie wyniki to zobaczy, że to byłem ja, ale pod inną tożsamością. Jak miła Pani po biegu dawała dyplom to się zapomniałem na sekundę, że jestem Marcinem, ale szybko się opanowałem. Na dowód, że tam byłem mam zdjęcia. Organizacja oczywiście Ordnung mus sein. Jak na tamten etap mojej przygody z zawodami to było to największe przeżycie. Preludium przed startem w maratonie w którym też biegało 2000 osób jak w Dębnie czy Poznaniu czy Wrocławiu. Czy wtedy myślałem już o maratonie na poważnie? Półmaratonów miałem już na koncie coraz więcej. Marzenie o maratonie tkwiło we mnie, ale chyba jeszcze nie wiedziałem kiedy i gdzie i czy jestem gotowy. Czułem, że to zrobię. Czekałem tylko na jakiś znak kiedy to ma nastąpić. Startowaliśmy coraz częściej. Okres letni więc prawie co tydzień gdzieś biegałem na zawodach. Nie było czasu w zasadzie myśleć o maratonie.

 

 

09.06.2013 rok Karlino 15 km

   Trzeci weekend pod rząd i trzeci start. I każdy bieg przynajmniej z dystansem 15 kilometrów. Szaleństwo na całego. Bieg Papieski, który bardzo miło wspominam. Na godzinę przed startem odbyła się msza w plenerze. Było bardzo gorąco. Na dodatek wydawało się, że bez przerwy biegniemy prosto. Przed upałem ratowały nas drzewa rosnące obok drogi. Bardzo kameralny bieg, bo tylko 200 osób wzięło udział. I właśnie tutaj Samuraj mi uciekł od startu. Widziałem go jednak bez przerwy i obrałem go za taki punkt odniesienia. Ja miałem taką taktykę, że ruszałem wolniej. On szedł od początku na maxa. Wydawało mi się, że w pewnym momencie zacząłem się zbliżać do niego. Co prawda odległość była spora, ale to mnie napędzało. I faktycznie dogoniłem go na jakiś może kilometr do mety. Pamiętam, że za ciekawie nie wyglądał jak go mijałem. Był tam naprawdę duży upał. Dał się we znaki. Miałem czas 1:18:02, a Samuraj 1:19:23 więc mocno osłabł na końcówce. Tak czy owak coraz częściej spotykaliśmy się na trasie i zdarzały się nawet wspólne finisze. To był taki duży przeskok. Tydzień wcześniej tłum zawodników w Poczdamie, a tutaj tylko 200 osób. Metę zrobili na bieżni, ale pokrytej takim czarnym żwirem. Po tym ciężko polecieć na finiszu.

22.06.2013 rok STARGARD 10 km

   Nie mogło mnie zabraknąć w Stargardzie gdzie przecież rok wcześniej wykręciłem świetny czas. Znów spotkanie z rodziną i doping na trasie, ale jednak życiówki nie było. Z pewnością nastawiałem się na to, a tu jedynie 49:46. Niby w normie jak na mnie wtedy, ale jednak marzyło mi się zejście poniżej 45 minut.

29.06.2013 rok KRÓTKA NOC KLUBU BIEGACZA

  Tutaj oprócz biegu na 7,5 kilometra zdaje się najważniejsza była impreza całonocna nad brzegiem Odry po stronie niemieckiej. 40 uczestników samego biegu i nawet byłem 14. Jedno z najwyższych miejsc w karierze, ale tutaj oczywiście biegłem z Samurajem i doszło do finiszu między nami. Finisz był po bruku. W zasadzie z tego co pamiętam co cały czas biegliśmy razem. Wyprzedziłem go na finiszu, ale tempo mieliśmy naprawdę dobre na całym dystansie. Świetnie się bawiliśmy wszyscy potem i pierwszy raz w życiu dałem pokaz taneczny przy tak licznej grupie osób. Kocham tańczyć i nawet niektórym się to podoba. To naprawdę była wyjątkowa noc. Coraz lepiej się poznawałem z ludźmi z klubu. Żyłem pełnią życia o czym nawet bym nie pomyślał rok, dwa czy trzy lata wcześniej. Nie bałem się niczego i nikogo, nie bałem się, że ktoś uzna mnie za wariata. Robiłem wszystko tak jak czułem, a na tej imprezie chyba przeszedłem samego siebie. Nigdy nie można się hamować i blokować i myśleć co pomyślą inni. Zwyczajność, pospolitość i normalność jest dla mnie po prostu nudna. Nie lubię tylko jednego w życiu. Obrabiania tyłka za plecami... Tego nienawidzę. Ludzie boją się powiedzieć prosto w oczy co myślą o Tobie, boją się konfrontacji. Nie z każdym nam przecież po drodze jest. Wszystko co jest fałszywe i tak wychodzi prędzej czy później. Czasem jesteśmy tylko zaślepieni jak w filmie "Przebudzenie" gdzie bohatera oszukał i przyjaciel i kobieta, którą kochał. Niektórzy potrafią się świetnie maskować. Też nie jestem idealny. Nie żywię się jednak energią nienawiści, nie jestem wampirem energetycznym. Prędzej zniszczę siebie niż kogokolwiek. Zauważyłem jednak, że ludzie, którzy mówią co myślą odważnie, a różni się to od ustalonej normy są wyszydzani, wyśmiewani, obrażani i spychani na margines. Ja nauczyłem się tego, że właśnie takich słucham, bo oni coś wiedzą naprawdę. O tym to jednak w jakichś innych cyklach, bo ważne, że znów piszę. Na razie neutralnie i o sobie, ale przyjdzie czas na inne tematy też.

MOJA KARIERA BIEGACZA 3
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
29 lutego 2024, 17:15

  2013 rok to już było szaleństwo biegowe. Wstąpiłem do amatorskiego klubu Hermes i przygoda biegacza amatora rozkręciła się na dobre. Możliwości dalszych wyjazdów, poznanie innych pasjonatów biegania. Jak dla mnie to był bardzo szczęśliwy rok, a niby 13 jest pechowa. Do tego wymyśliłem sobie, że skoro Jezus zmartwychwstał w wieku 33 lat to ja też w pełni zmartwychwstanę. Dzień zawodów w weekend to była jak wycieczka. Zawsze lubiłem podróżować, bo jednak mam duszę wrażliwą, artystyczną i kocham piękno. W zasadzie tydzień w pracy to było czekanie na weekend i kolejny wyjazd. Ile takie zawody dają paliwa duszy i sercu, ile dają radości. Żyłem pełnią życia. Jak się przyjeżdża na zawody i wszędzie jest kolorowo, ludzie radośni, pozytywna energia aż się wylewa zewsząd to potem jak wracasz w poniedziałek do pracy swojej i jeszcze żyjesz zawodami to widzisz ludzi w pracy jakoś inaczej. Ja miałem mnóstwo energii mimo zmęczenia po zawodach, a ci ludzie wydawali mi się jakby przyszli umierać do pracy... To mi uświadomiło, że jak spełniasz swoje marzenia i masz pasje to życie staje się kolorowe i radosne. Możesz wtedy dawać innym światło, uśmiech i radość. Zazdroszczą wtedy tylko ludzie bez marzeń. Ja czerpałem garściami ze wszystkiego co widziałem i czego doznawałem.

16.02.2013 BIEG GÓRSKI GRYFINO

  W zimie rzadko się startuje na zawodach, ale ten wyjątkowy rok zacząłem u siebie w mieście. Odbywał się cykl biegów górskich i w jednym z nich postanowiłem się sprawdzić. Miałem za sobą już bieg na K-2 w Szczecinie, ale nie spodziewałem się, że dystans, który mi zajął tylko 16 minut i 4 sekundy może tak boleć. Mi się wydawało, że byłem bardziej wykończony niż po biegu na K-2. To były zdaje się 3 pętle i na każdej z nich dwie piekielne górki. Szczególnie jedna. Pod każdą z nich dawałem radę podbiec. 2 miesiące temu byłem na tej trasie po wielu latach i na żadną z tych górek nie podbiegłem. Można w 16 minut zrobić bardzo mocny trening siłowy w zasadzie. Takie podbiegi wzmacniają mięśnie. Może kiedyś jeszcze tam spróbuję potrenować. Po wielu latach nie trenowania na tych górkach pokazało mi to w jakiej wtedy byłem formie. Może teraz odcinam kupony jak to się mówi. Na początku jak zaczynasz biegać, a potem zaczynasz startować to poznajesz siebie, swoje ciało, swoje możliwości. Widocznie mi dyscypliny takiej starczyło na prawie 3 lata. Zawsze można zrobić coś lepiej, ale chodzi tu o motywację. Ja jak startowałem to naprawdę czułem się jak zawodowy sportowiec i tak żyłem. Jak masz cel to inaczej podchodzisz do treningów, bo jak celem jest zdrowie, kondycja, dobre samopoczucie to można biegać sobie spokojnie co kilka dni bez żadnych oczekiwań. Wolniej niż kiedyś byleby z radością. Dopiero jak biegacz nie może biegać z powodu kontuzji to docenia to bardzo tak jak ja teraz. Przypomniały mi się moje przygotowania mentalne przed maratonami. Dzień przed odcinałem się od całego świata. Mam kilka filmów motywacyjnych jak np. Wojownik Spokoju i dużo muzyki inspiracyjnej. Tak spędzałem dzień poza jedzeniem i piciem. Wizualizowałem sobie to jak będę biegł. Wsłuchiwałem się w siebie czy jestem gotowy, czy zrobiłem wszystko co mogłem czy nic nie boli, czy jestem świeży. Szukałem jakiejś dodatkowej siły mentalnej. Każdy maraton pokonałem więc moje przygotowanie sprawdzało się. W taki dzień przed startem niczym się nie rozpraszałem, z nikim nie gadałem i nie pisałem. Wiedziałem co chcę osiągnąć i że będę zdany sam na siebie. Tylko Ja, moje ciało, serce i dusza. Umysł też przygotowywałem do tego, wyciszałem myśli. Wyobrażałem sobie, że jestem Wojownikiem. Nauczyły mnie tego książki Paulo Coelho. Jeżeli wyobrazisz sobie coś o sobie i jest to pozytywne i napędza to niech to trwa w Tobie. W życiu zawsze ktoś może pomóc, na maratonie nikt ci nie pomoże. Chodzi mi, że nikt nie dobiegnie za Ciebie. Nie przekupisz nikogo, nie okłamiesz dla własnej korzyści, nie oszukasz nikogo. Wszyscy są równi wobec śmierci i tak samo jest na maratonie. Też wszyscy są równi. Czy jesteś bogaty czy biedny to wszystko zależy od ciebie. Jesteśmy niewolnikami, ale właśnie dlatego pokonywałem też maratony, żeby ujrzeć prawdziwie wolnych ludzi i to jaka jest siła w ludziach i wiara. Wtedy człowiek się uczy na nowo jak o tym zapomniał czy zapomina czasem, że warto wierzyć w ludzi. Nie przypominam sobie żadnej złej energii, żadnej agresji. Tam widać prawdziwe piękno człowieka i jego duszy.

 

  17.03.2013 rok BIEG ZAŚLUBIN KOŁOBRZEG 15 kilometrów

Sezon startowy tradycyjnie zaczyna się w Kołobrzegu na nietypowym dystansie 15 kilometrów. Podczas doświadczeń biegowych stwierdziłem, że moimi dystansami powinny być biegi właśnie na 15 kilometrów oraz na 30 kilometrów. Niestety takie dystanse są rzadkością. A dlaczego tak to wymyśliłem? Bo właśnie po 15 kilometrze na półmaratonach słabłem i tak samo na maratonach po 30 kilometrze. Co zapamiętałem z Kołobrzegu? Przede wszystkim było przenikliwie zimno, a pamiętam, że byłem przeziębiony i osłabiony. Dlatego też męczyłem się na trasie. Wynik 1:21:53 pokazuje, że w zasadzie biegłem, żeby dobiec. Można było sobie jednak do woli popatrzeć na morze. 13.04 przebiegłem sobie króciutki Bieg Przełajowy u mnie w mieście  w ramach treningu. Tak naprawdę czekałem co się wydarzy w dwóch następnych weekendach.

20.04.2013 rok ĆWIERĆMARATON MUZYCZNY PIŁA 10,5 kilometra

 

   Pamiętam, że do Piły pojechałem z bratem i przyjacielem. Czas miałem przyzwoity, bo 51:58. Tutaj jednak po raz pierwszy w życiu wymyśliłem sobie, że ustawię się na starcie na samym końcu. Skoro już widziałem po wynikach, że moje miejsce w stawce to mniej więcej połowa to bezsensu ustawiać się na przedzie. Ustawiając się na szarym końcu wymyśliłem sobie, że mam możliwość wyprzedzania dużej grupy osób i tak faktycznie było. Jeżeli bym wystartował z przodu to połowa ludzi na trasie by mnie wyprzedziła, a jak biegłem z końca stawki to ja wyprzedziłem połowę osób. Na mecie to i tak wychodzi na to samo, ale psychologicznie można się fajnie pooszukiwać. Chyba każdy woli wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Dużo można zrobić ciekawego, żeby budować swoje ego. Dla mnie to były starty z końca i finisze. Jak teraz to wspominam to szkoda, że nie prowadziłem takiego pamiętnika po każdych zawodach. Z pewnością mógłbym teraz więcej napisać, bo pamięta się zawsze wyjątkowe chwile. Mam jednak zdjęcia z prawie każdych zawodów i wyniki dzięki czemu mogę sobie przypomnieć gdzie byłem. Czasami trzeba przekopać się przez tysiące zdjęć, żeby znaleźć siebie, ale było warto to robić konsekwentnie i ściągać na twardy dysk.

 

28.04.2013 SZCZECINEK - 10 kilometrów

   W Szczecinku bardzo mi się podobało. Bardzo fajne miasto z parkiem cudnym nad wodą. Tam się czułem jak u siebie. Zapamiętałem z tego biegu to, że na zdrowy rozum nie powinienem biec. Po tygodniu noszenia listów miałem tak zajechane mięśnie, że naprawdę się bałem czy nie zrobię sobie czegoś złego. Dlatego czas 51:54 był taki jaki był. Ciężko się biega bez świeżości, ale ogólnie podobało mi się tam bardzo. Jeszcze nawet zrobiłem finisz, bo jakiś koleś ruszył mocno gdzieś na 500 metrów przed metą. Ja głupi na zajechanych mięśniach postanowiłem, że ruszę z nim. Był jednak szybszy, ale dzięki niemu też nadałem sobie bardzo mocne tempo. I po zawodach był poczęstunek nietypowy, bo jedliśmy dzika. W ogóle dzięki zawodom byłem w wielu miejscach w których nigdy bym nie był, bo niby po co, a tak przed zawodami, w trakcie i po można zobaczyć kawałek świata. Może to za dużo powiedziane, ale trochę zwiedziłem. To prawda, że podróże kształcą. Wszystko co nowe i nieznane jest fascynujące i pociągające.

03.05.2013 rok BIEG TRANSGRANICZNY 10,5 kilometra

  Nie mogło zabraknąć też startu u siebie w mieście w Święto Konstytycji i czego mi brakowało podczas kariery biegacza amatora. Miłości jedynie więc szukałem i pamiętam, że byłem na tym biegu z pewną dziewczyną. Był to krótki epizod, bo miłości nie znajdziesz ot tak. Mnie nie interesowało bycie z kimkolwiek tak, żeby być tylko. Człowiek jednak całe życie szuka miłości, a często bywa tak, że pojawia się ona niespodziewanie. Jeżeli usilnie szukasz i cierpisz to nie znajdziesz, ale jak masz takie marzenie w głębi duszy i nie przejmujesz się samotnością i nie ubolewasz nad tym to wtedy ona się znajdzie. Podczas tego biegu już w połowie dystansu spotkałem młodego chłopaka, który szedł. Zagadałem do niego co się stało? A on, że nie ma siły już biec. Okazało się, że ma 15 lat i pomogłem mu. Zaczął biec ze mną i w zasadzie skupiłem się tylko na nim. Czas to 1:00:37 więc aż o 12 minut gorzej niż w debiucie, ale tu nie chodziło o mnie. Połowę dystansu wspierałem chłopaka ile mogłem. Biegliśmy do końca razem. Ile razy mówił, że nie da rady, a ja, że już kawałek, już blisko. Nawet go zmotywowałem do finiszu, bo on walczył o podium w swojej kategorii wiekowej. Przybiegł 2 sekundy za mną, ale wiecie jak się fajnie czułem jak on na dekoracji stawał na podium na trzecim miejscu. Można powiedzieć, że wprowadziłem go na podium. Wojownik nigdy nie wygra walki sam, ale jak widzi potrzebującego to zawsze pomoże mu w jego walce. Ja nie zapomnę jak go zobaczyłem jak szedł i jaki był pogodzony z losem, że nie da rady tego dnia. Nie pozwalałem mu w ogóle, żeby słuchał siebie. Nie pozwalałem mu, żeby nawet pomyślał, żeby przejść w marsz. Pewnie jakbym sam tam został w połowie to może i by trochę biegł, trochę odpoczywał. Może to był jego pierwszy tak długi dystans. Nie wiem... Wiem, że można dać pomoc drugiemu człowiekowi i wsparcie bezinteresownie. To się właśnie zdarza często na zawodach. Dajesz komuś energię i motywujesz go. Mi się to udało. Udało mi się sprawić, że ten chłopak uwierzył, że pokona siebie. Pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył, że umysł go oszukał. Na tym polega samotność biegacza. Walka z myślami, że nie dasz rady. Zdolny do rzeczy wielkich jesteś dopiero jak pozwalasz tym myślom tylko przepływać, bo widzisz, że one z czasem znikają i przestają przeszkadzać. To jest tak jakby umysł ciebie testował. Chce mieć nad tobą kontrolę cały czas.

 

MOJA KARIERA BIEGACZA 2
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
28 lutego 2024, 17:03

   W 2012 roku zaraz po Półmaratonie Koleżeńskim wziąłem udział w akcji Polska Biega. Takie spotkanie biegaczy i kilkukilometrowa przebieżka w dużej grupie. Nie chodziło tu o żaden czas ani miejsce. Działo się to 1 czerwca. Zaczynałem się powoli czuć wśród biegaczy jak w rodzinie. Ten kolorowy świat zaczynał mi się bardzo podobać. Jakże on różnił się od życia codziennego. Powoli zaczynałem żyć już nie samym bieganiem, ale zawodami. Każdy wyjazd na zawody to było jak święto. Totalne oderwanie się od często szarego życia w tygodniu. Szukałem następnych wyzwań i znajdowałem takie.

 

 

23.06.2012 rok BIEG O BŁĘKITNĄ WSTĘGĘ na 10 km - STARGARD SZCZECIŃSKI

 

   Nie mogłem nie wziąć udziału w tym biegu gdyż mam tam rodzinę. Także wszyscy mnie dopingowali. Nigdy potem nie uzyskałem takiego czasu na 10 kilometrów jak w Stargardzie tego dnia. 45:09 to moja życiówka po dziś dzień. Starty na zawodach zaczynały się stawać moją pasją więc tym milej, że uczestniczyła w tym też rodzina. Nie mogłem zawieść. Popełniłem jednak duży błąd na kilka godzin przed startem. Zjadłem jakiś makaron z mięsem. Nie wiem skąd wpadłem na taki pomysł, ale czułem ten makaron do połowy dystansu. Nawet brat się śmiał podobno widząc mnie, że wypacam dopiero ten makaron. Świetnie poczułem się dopiero po połowie dystansu. Na tym biegu często ludzie pobijają rekordy życiowe. Trasa jest łatwa i szybka i do tego bieg odbywa się wieczorem. W drugim starcie w życiu na 10 kilometrów uzyskałem czas, którego już nigdy później nie pobiłem. Świeżość, niewiedza co do własnych możliwości i ekscytacja pewnie to spowodowały oraz brak kalkulacji. Na początku wszystko chłoniesz jak gąbkę. Wszystko jest takie nowe. Nie chcę pisać, że z czasem wpada się rutynę zawodów, ale podchodzi się do tego coraz spokojniej. Zawsze jest adrenalina, niewiedza, radość z poznawania i doznawania nowego, ale myślę, że już nie biega się na takim spontanie. Przynajmniej ja tak miałem z czasem. Mniej więcej zakładałem sobie jakim tempem rozpocznę i kiedy zacznę przyśpieszać i iść na całość. Na początku tego nie wiesz więc się nie oszczędzasz. Pamiętam też, że zrobiłem fajny finisz. Ciężko powiedzieć czy ten makaron mi pomógł czy przeszkodził. Blokował mnie połowę dystansu, ale dzięki temu jak mnie puściło to już leciałem bardzo szybko.

 

26.08.2012 rok PÓŁMARATON GRYFA - SZCZECIN

  Jak widać miałem dwa miesiące przerwy w startach i szykowałem się na największe wydarzenie w początkach mojej kariery. Dlatego, że tu uczestników było już prawie 1000. Start i meta były usytowane na stadionie lekkoatletycznym na którym co roku odbywają się mityngi lekkoatletyczne z udziałem polskich gwiazd i zagranicznych. Fajnie było biec po tej samej bieżni co zawodowi sportowcy, których oglądałem w telewizji. Na dodatek pełne trybuny, atmosfera święta. Uzyskałem czas 1:51:05, a więc taki w miarę jak na mnie. Chodziło tu jednak o przeżycie biegu z udziałem takiej dużej liczby zawodników. Szukam w pamięci, bo jednak to było dawno czy coś zdarzyło się wyjątkowego czy to w Stargardzie czy Szczecinie, ale nie przypominam sobie, bo tak naprawdę wszystko było wyjątkowe. Dopiero poznawałem to wszystko i poznawałem swoje możliwości. W zasadzie wszystko przeżywałem samotnie, bo nikogo nie znałem.

23.09.2012 rok BIEG NA K-2 10 kilometrów - Szczecin

 

   Jak wiecie K-2 jest to szczyt górski, jeden z ośmiotysięczników, a trasa tego biegu liczyła 8611 metrów i pewnie nie była to przypadkowa liczba. Nie przeżyłem bardziej morderczego biegu w życiu. Nie wiem kto wymyślił tę trasę, ale myślę, że wielu zawodników czuło się jakby zdobywało szczyt tej góry. Fajnie jest przed startem jak nie wiesz do końca co Ciebie czeka. Wiesz, że będą schody, dużo podbiegów w lesie i zbiegów, ale nie zdajesz sobie sprawy co będzie tak naprawdę. Już nawet nie pamiętam ile było pętli tej trasy. Pamiętam taki jeden podbieg pod górę na którym większość szła w zasadzie. Ja zdaje się jeszcze na pierwszym okrążeniu jakoś wbiegłem na to, ale potem też już szedłem. Schody, zbiegi, podbiegi, korzenie itd. Trzeba było bardzo uważać jak się stawia nogi, bo przecież zmęczenie narastało. Nie było w zasadzie momentów na odpoczynek. Nie pamiętam, żebym miał myśl, że teraz będzie troszkę lżej albo po płaskim. Trzy razy podkręciłem kostkę na tej trasie. Na szczęście w taki sposób, że dalej mogłem biec. Moja prawa kostka, która kiedyś była pęknięta jest bardziej elastyczna, ale przy bardzo morderczych biegach bolała mnie. Ja po 2 kilometrach biegu czułem się jakbym pokonał już 10 kilometrów. Totalna masakra, ale nie zapomnę finiszu, co widać na foto. Jak zostało jakieś może 300 metrów do mety, a ja już miałem ciemno przed oczami to biegłem razem z jakimś chłopakiem. Spojrzałem na niego, on na mnie i powiedziałem :"Dawaj lecimy na zawał do mety". Ostatnia prosta liczyła może 100 metrów, może trochę mniej. Tak czy owak potwornie zajechani ruszyliśmy tak mocno jak tylko mogliśmy. Szliśmy w zasadzie "łeb w łeb" i dosłownie na ostatnich kilku metrach go wyprzedziłem. Jak to się mówi "na kratach". Finisz jak na stumetrówce gdzie centymetry zdecydowały o tym, że byłem szybszy. Uzyskaliśmy ten sam czas co do sekundy, ale on też dał z siebie wszystko. Bardzo nie lubiłem przegrywac finiszów, ale tutaj on mnie bardzo mocno zdopingował i nie odpuszczał do końca. Uzyskałem czas 53:45, ale ciężko to odnieść do czegokolwiek. Takie finisze pamięta się do końca życia, bo zmęczenie porównałbym śmiało do maratonu. To nie był bieg, to było jakieś piekło. Ciekawe czy jakbym przed startem przeszedł sobie całą pętlę to czy bym pobiegł. Pewnie mimo wszystko tak, bo takie wyzwania są ekscytujące. Lecz jak się mówi niewiedza jest błogosławieństwem akurat w tym przypadku. Z tego finiszu mam aż 5 fotografii co pokazuje, że jeżeli fotograf zawodów pstryknął tyle fotek to znaczy, że było na co popatrzeć, a przecież my nie biegliśmy w czołówce. Nawet teraz jak patrzę to wyprzedzilem go bodajże o długość dwóch stóp. Ból tego biegu i poświęcenie do linii mety jest wypisane na naszych twarzach. Jak zobaczyłem kątem oka na jego sylwetkę to pomyślałem, że nie ma ze mną szans. Tu mnie jednak zaskoczył szybkością, siłą woli i determinacją. Ja już jednak stawałem się Wojownikiem i sam siebie nazywałem Gazelą. Wycieniowany byłem, po przy wzroście 170 cm ważyłem 65 kilogramów. Teraz jest tego 10 kilogramów więcej. Jak już wspominałem mniej więcej połowa stawki to był mój max, ale dla siebie byłem Gazelą. Nie z każdych zawodów ma się wiele wspomnień, ale akurat tutaj wiele pamiętam. Ja naprawdę jak rzuciłem hasło : "biegniemy na zawał serca do mety" to nie była metafora. Myślę, że obaj czuliśmy się tak samo wyczerpani całym dystansem, a jednak można czasami "przenieść góry". Akurat to stwierdzenie pasowało do tego biegu. Najbardziej mi imponowało, że żaden z nas nie pękł ani nie odpuścił. Na zdrowy rozum jakie miało znaczenie czy ja będę 123 czy on. Ludzka siła, wiara i determinacja potrafi być jednak potężna. Widocznie trafiło na siebie dwóch Wojowników. W żadnej sekundzie nie pomyślałem, że to przegram.

 

03.10.2012 rok BIEG TRANSGRANICZNY GRYFINO-MESCHERIN 10,5 kilometra

   Rok 2012 zakończyłem tradycyjnym biegiem u mnie w mieście. W maju biega się z Gryfina do Mescherin i z powrotem, a w październiku jest to zdaje się święto Niepodległości Niemiec i startujemy w Mescherin i tam też kończymy. Co ciekawe to na wielu fotkach z zawodów z 2012 roku widzę twarze biegaczy, których potem dopiero poznałem osobiście. Biegłem koło nich, a ich nie znałem jeszcze. Coś jak przeznaczenie. Czas 53:37, ale trzeba pamiętać, że to jednak 10,5 kilometra. Mimo to szału nie było. Oczywiście znalazłem sobie znów rywala na finisz. Wyższy ode mnie o głowę, ale mam zdjęcie jak na finiszu spoglądam na niego z myślą :"Dajesz, dajesz kolego, a i tak przegrasz ze mną." I przegrał o sekundę. Zawsze sobie trzeba jakoś zrekompensować to, że biegasz w połowie stawki i dać sobie taką małą satysfakcję na finiszu. Wtedy zawsze jest duża szansa, że i fotografowi się to spodoba i zrobi chociaż jedno zdjęcie i będziesz mieć z tego fajną pamiątkę. Ja po prostu uwielbiałem finiszować. Pewnie dlatego, że w czasach szkolnych lubiłem sprinty na 60 metrów. Zauważyłem też na zawodach, że jak się rozpędzę to ci co akurat biegną koło mnie nie mają szans. Rzadko mi się zdarzało, żeby ktoś chociaż podjął próbę. Najlepszy sprinter w połowie stawki. Może też to mnie napędzało, że widziałem linię mety. To działało na mnie jak płachta na byka. Może to robiłem też dla aplauzu publiczności. Fajnie być w jakiś sposób w świetle jupiterów i fleszy. Cechuję się w życiu małą wiarą w siebie więc takie momenty pozwalały mi się poczuć wyjątkowo. W bieganiu umiem walczyć do końca i do ostatnich sił. Jeżeli odkryjesz w sobie duszę i serce wojownika to musisz znaleźć sobie coś gdzie to ujawnisz i pokażesz przede wszystkim sobie. Ja znalazłem bieganie, a potem zawody. W 2013 roku zapisałem się do Klubu Hermesa więc wtedy zaczęły się dalsze wyjazdy i duża intensywność startów. Troski, obawy, refleksje, emocje, radość dzieliłem już z innymi. 2012 rok to jednak była jeszcze moja samotna walka. Ustanowiłem jednak swoją życiówkę na 10 kilometrów, przebiegłem dwa półmaratony, zmierzyłem się z morderczym biegiem na K-2. Otrzaskałem się z tym wszystkim, zobaczyłem z czym to się je i byłem gotowy na kolejne podróże w nieznane z innymi pasjonatami biegania. Realizując swoje marzenie z dzieciństwa jeszcze piękniej jest jak robisz to w otoczeniu dobrych ludzi. Żyłem już jak sportowiec wtedy. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że to dopiero początek. Jeżeli bez przerwy marzysz to w pewnym momencie w życiu, czasami bardzo nieoczekiwanie zaczyna to się spełniać. Pamiętam taki film o tytule "Choć goni nas czas" gdzie dwóch starszych panów, którym zostało niewiele życia zaczęli realizować swoje marzenia. Nigdy nie wiesz kiedy Twoje się spełni. Nie porzucaj jednak marzenia nigdy ze swojego serca i duszy. Gdy moje życie spowijał mrok, gdy wylądowałem na OJOMIE i w psychiatryku to czy mogłem marzyć wtedy o czymkolwiek? Podjąłem jednak potężną walkę i opłaciło się. Tracąc wiarę, nadzieję i miłość po prostu umieramy z dnia na dzień. Można jednak zmartwychwstać. Są momenty, że nie ma sił na realizację marzeń i ok, ale przenigdy nie można ich porzucać. Niech sobie będą nawet długi czas uśpione, ale niech będą. Jak to teraz wszystko wspominam to naprawdę dokonałem niemożliwego. Życie może stać się koszmarem i bezsensowną walką, ale może się też stać pięknym snem. Ja wiem na swoim przykładzie, że wszystko jest możliwe. Jest to górnolotne, ale to od nas samych zależy jak patrzymy na siebie i rzeczywistość. Widzisz mrok i ciemność to wydaje się, że tylko takie są barwy rzeczywistości. Jak jednak w tym tunelu pojawi się chociaż promyczek malutki słońca i malutkie światełko i zaczniesz iść za tym to może nie od razu, bo jest to proces, ale zaczniesz zauważać piękne barwy i coraz większe światło i blask w sobie i naokoło. Może wiem dużo, może wiem niewiele, ale jeżeli chodzi o własne doświadczenia to wiem jak to działa. Wiem jak działa umysł. Jeżeli to poznasz to nieważne co się dzieje w życiu to chociaż wiesz o co chodzi. To czy się wygra z mrokiem to zależy od każdego osobno. Jest i Anioł Stróż i Diabeł. Trzeba wybierać kogo i kiedy się słuchać. Jeden wysysa energię, a drugi obdarza energią. Zależy w co wierzymy, bo wtedy tak widzimy wszystko wokół.