Najnowsze wpisy


SAMOTNOŚĆ
Autor: rasmarsom | Kategorie: ŚwiadomoŚĆ 
24 kwietnia 2024, 20:34

   Czym jest samotność? Czy kiedykolwiek jesteśmy sami? Tak naprawdę nigdy nie jesteśmy sami. Poczucie samotności jest typowo ludzkie. Siedzimy wieczorem, nie ma nikogo przy Nas. Czujemy potworną samotność. Nie jesteśmy jednak sami. Nie czujemy obecności świata duchowego, który całe życie jest z Nami. Oni Nam pomagają zawsze nawet jeżeli to negujemy. Zawsze jest przy Nas nasz Anioł Stróż. Zawsze są z Nami przewodnicy duchowi, rodzina dusz. Czy to jednak powoduje, że jesteśmy szczęśliwi? Nie jesteśmy, ponieważ żyjemy w ciałach ludzkich i na tym poziomie częstotliwości. Pragniemy miłości, pragniemy kochać i być kochanymi. To pragnienie jest w każdym z Nas. Nawet jeżeli doznamy wiele bólu, cierpienia to w głębi duszy wciąż wierzymy, że jest ta jedna osoba, której wszystko powiemy, która nas wysłucha, zrozumie i przytuli. Osoba z którą rozumiesz się bez słów, która odbiera Twoją energię i myśli telepatycznie. Osoba w której oczach widzisz swój świat. Osoba, która Ciebie rozumie całego i na każdym poziomie, daje Ci inspirację, radość, natchnienie, bezpieczeństwo, spokój. Daje Ci też wolność. Nie czujesz się osaczony, skrępowany, zmanipulowany. Czy to jest jednak proste, żeby znaleźć taką osobę? Oczywiście, że nie. Mówią, że jest tylko jedna Twoja połówka na tym świecie. Nie wiem czy to prawda. Wiem jedno. Nawet jeżeli ktoś uznaje, że chce być do końca życia sam to w głębi duszy wciąż marzy o swojej połówce. Są ludzie, którzy całemu światu mówią, że im jest dobrze samemu. Tak naprawdę oszukują tylko siebie. Możemy mieć wokół codziennie masę ludzi, pełno znajomych, przyjaciół, rodzinę, ale czy to sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? Ja miałem różne okresy w życiu. Czasem pełno ludzi wokół codziennie, czasem bardzo mało. Nawet w okresach gdzie czułem się radosny i szczęśliwy to jednak była taka zadra w sercu. Często nawet miałem uczucie, że każdy kogoś ma, tylko nie ja... Ale nie chodzi o bycie z kimś, żeby być. Często ludzie, którzy są w związkach czują się bardzo samotni również. Być może źle wybrali, być może to nie była ta wymarzona osoba. Ludzie też boją się samotnośći na zasadzie, że kogoś tam mają, są z kimś, ale tak naprawdę szukają kogoś innego. Uznają wtedy, że ok będę z tą daną osobą dopóki nie znajdzie się ktoś w kim się naprawdę zakochają. Czy to jest dobre? Nie mogę tego oceniać. Strach przed samotnością jest czasem tak duży, że z kimś jesteśmy dłużej nawet jak podświadomie szukamy kogoś innego. Czasem zmieniamy często partnera czy partnerkę, bo wciąż szukamy.

   Jak to jest u mnie? Jest taki świetny utwór Maleńczuka "Jestem sam". Jak słucham tego to też tak czuję jakby śpiewał też o mnie. Poznałem w życiu bardzo wiele kobiet w różny sposób. Jednak mimo jakichś związków jakoś nic nie wypaliło. Czasem ja kochałem, czasem one. Jak to było obopólne to może to było silne zauroczenie? Nawet jak wydawało się, że była miłość to coś mi nie pasowało. Jakby to ująć... Można się kilka razy zakochać w życiu, ale coś Ci mówi, że to nie ta kobieta mimo wszystko. Nawet jak czytam co pisałem kiedyś gdy wydawało mi się, że znalazłem tę jedyną to z perspektywy czasu wiem, że to nie była ona. Nigdy jednak nie można sobie wbić i myśleć, że nie spotka się kogoś o kim się marzy. Myśli tworzą rzeczywistość i jak mamy w myśli, że będziemy samotni to tak będzie. Można sobie pomyśleć, że chcę kogoś poznać, ale nie na zasadzie desperackiej myśli. Wtedy niespodziewanie można na kogoś trafić. Cuda się mogą zdarzyć. Nigdy nie trać wiary, bo życie pisze różne scenariusze. Najgorsze to pomyśleć o sobie, że jesteś do niczego i nikogo nie znajdziesz. Po prostu kochaj i akceptuj siebie. Tylko wtedy możesz kogoś przyciągnąć. Kochaj świat i ludzi i wtedy będzie łatwiej, żeby ktoś Ciebie zauważył. Sam wiem, że to nie jest takie proste. Wszystko się może jednak zdarzyć w każdym momencie życia. Nieważne kiedy, nieważne w jakim wieku można spotkać tę wymarzoną osobę, tę jedyną miłość, tę swoją połówkę... Nie ma co się martwić, że jeszcze takiej osoby nie ma. Lada moment może się ona zjawić. Wierz w to w swym sercu nieustannie. Niech to się tam tli nawet maluteńkim płomykiem, ale niech się tli. Nie ma przypadku, że ja piszę ten tekst właśnie dziś. A dlaczego? Tego nie zdradzę, zostawię to w tajemnicy, bo zawsze dzieje się to co ma się dziać.

  

JAK DZIAŁA SŁUŻBA ZDROWIA...
Autor: rasmarsom | Kategorie: ŚwiadomoŚĆ 
19 kwietnia 2024, 18:21

   Wielu z Was miało, ma albo będzie mieć do czyniena z publiczną służbą zdrowia. Nie mogę napisać, że wszyscy lekarze są źli czy wszyscy sanitariusze. W każdej pracy są lepsi i gorsi. Mam tu bardziej na myśli cały system. Jeżeli się z tym zetkniesz albo ktoś z Twojej rodziny i znajomych to wiesz, że bywa różnie. Może dojść do Ciebie czy oni naprawdę chcą mi pomóc? Czy naprawdę chcą mnie zdiagnozować i leczyć? No właśnie. Odpowiedzi są przykre dla większości społeczeństwa. Nie chodzi mi to, że masz nie ufać całemu Systemowi Matrixa, nie chodzi mi to, że nie ma dobrych lekarzy, dobrych prawników, dobrych polityków, dobrych księży. Wszędzie przecież pracują ludzie tacy jak każdy z Nas. Każdy z nas jest inny, ale zapamiętajmy jedno. System nie został stworzony po to, żeby Twoje życie było najcenniejsze i najważniejsze. Dla systemu jesteś tylko jak cyfra, nie jak człowiek. Systemu nie interesuje Twoje dobro, Twoje bogactwo, Twoje zdrowie. Wielu myśli, że rząd jest dla ludzi. Jest odwrotnie. To Ty jesteś dla rządu. Oni nie istnieją dla Ciebie, ale Ty dla Nich. Sprawiedliwość? A ile jest wyroków w sądach skazujących niewinnych, bo nie mieli na tyle pieniędzy, żeby się bronić. Ile jest przypadków w Służbie Zdrowia, że nie zostaje udzielona pomoc na czas i człowiek umiera. Nie chcę się tu skupiać na polityce, bankach, gospodarce, sądach, edukacji. Skupię się na tym co najważniejsze, czyli na zdrowiu. Dodam jeszcze, że jak zdamy sobie sprawę, że System nie dba o jednostkę ludzką i że jesteśmy niewiolnikami chorego systemu to wtedy chociaż wiemy, żeby nikomu i nigdzie nie ufać. Zawsze trzeba mieć zasadę ograniczonego zaufania i po prostu myśleć. Coś na zasadzie, że idziesz do lekarza i bezgranicznie mu ufasz. Wszędzie gdzie udajesz się po jakąkolwiek pomoc po prostu myśl zawsze czy może ktoś nie chce czasem Ciebie oszukać. Bank, sąd, policja, lekarze, rząd. Dodam też, że z bratem jest lepiej jak ktoś czyta czy słucha podcastów. Było bardzo źle, wręcz krytycznie, ale sytuacja jest opanowana. Wszystko potwierdził lekarz i dopiero dziś czuję spokój w sobie po rozmowie z bratem. Obrazki z tego jak walczył o oddech i życie zostaną ze mną na zawsze. Czy musiało do tego dojść? Dlatego właśnie piszę jak działa systemowa służba zdrowia i że trzeba uważać, myśleć, bo nagle w zasadzie w kilkanaście sekund możesz umrzeć. Dla mnie takim najlepszym ogólnoświatowym wręcz przykładem była Plandemia. Wiecie, że lekarze dostawali kasę za to, że wpisywali do zgonów, że to były zgony od COVIDU. Wszystkie zgony, które się zdarzyły zaraz po wzięciu szczepionki były uznawane, że to nie od tego. Wiecie, że wiele młodych ludzi umiera na zawały. Nie wiążą tego ze szczepionką. Wiecie ile osób miało problemy podczas Plandemii, żeby się leczyć na inne poważne choroby? A ile osób nie było leczonych, bo się nie zgodzili na szczepienia? Plandemia mi pokazała, że nie tyle, że nie ufam lekarzom, ale się boję ich wręcz. Zaznaczam to, że ani brat ani ja nie lubimy medycyny, leków, lekarzy. Teraz podam przykład z życia wzięty jak to wszystko działa.

   Brat w lutym przyjechał z pracy i ledwo doszedł do domu. Mówił, że bardzo go łydka boli i że nie może chodzić. Mówił, że dwa dni wcześniej robił taki półszpagat, rozciągał się. Potem pojechał do pracy na 30 godzin prawie. Tam dużo chodził na obchody i już po 15 godzinach nie był w stanie chodzić. Następne dni to tylko chodził na czworakach do toalety. Resztę dnia leżał i cierpiał, bo ta łydka spuchła. Myślał on, że to naciągnięcie po prostu i przejdzie. Na dodatek ja tydzień potem stłukłem palca u nogi i też siadła mi łydka. Pamiętam jak szliśmy obaj na spacer. Dwaj kulawi. Mi na szczęście łydka odpuściła po paru dniach, palec wrócił do siebie po dwóch tygodniach. U brata było różnie. Jednego dnia łydka bardziej bolała, innego nie, ale to za długo trwało jakoś. Poruszał się po domu jakoś, czasem krótki spacer. Większość facetów idzie do lekarza dopiero wtedy jak naprawdę poczuje, że coś jest źle. Kobiety mają inaczej. Biegną od razu. Równowaga musi być. W końcu mama go zmusiła, żeby jechał taxi do lekarza. Nie wiem jak to wyglądało dokładnie, ale lekarka rodzinna spojrzała na łydkę i stwierdziła, że to nic takiego. Przepisała maść na łydkę i jakieś tabletki rozkurczowe. Uznała, że to jakiś skurcz albo naciągnięcie. Nie skierowała do lekarza specjalisty, a bo po co. Do ortopedy albo do chirurga. Nie skierowała na żadne EKG np. A bo po co? Oczywiście brat chciał, żeby mu kupić inną maść, ziołową taką bez żadnych skutków ubocznych. Smarował nią nogę, tabletek nie brał. Sytuacja nie poprawiała się. Jednego dnia potrafił iść na dłuższy spacer, innego widać było, że cierpi. Nagle ból z łydki przeszedł na udo. Tu już kompletnie zgłupiałem o co chodzi. Wszystko trwało od początku lutego. W marcu mama go zmusiła, żeby jechał znów do rodzinnego lekarza. Ta łydka mu czerwieniała po jakimś wysiłku. Lekarka rodzinna powiedziała, że może go skierować do ortopedy. Wiecie na jaki termin? Październik... W szpitalu nieopodal powiedzieli, że u nich mają termin na koniec kwietnia do ortopedy i poradzili, żeby szedł do prywatnego. Tak działa publiczna służba zdrowia, która utrzymuje się z Twoich składek. Sami wiecie, że leczenie prywatne za darmo nie jest, ale chociaż tam lekarz od razu wykrył, że to może być zakrzepica i skierował go na badania krwi. Okazało się, że stężenie D-Dimerów miał na poziomie 12000. Prawidłowa norma dla człowieka to 500... Oczywiście to pokazało, że organizm w ten sposób walczy z zakrzepicą. Potwierdziło to też, że to zakrzepica. Wcześniej ten lekarz to stwierdził na EKG. Badanie krwi było potwierdzeniem. Poczytałem o tej chorobie i powiedziałem bratu, że zakrzep może się oderwać i trafić do płuc, a wtedy śmierć następuje po kilku sekundach. Nie wiem czy to było proroctwo tego co się zdarzyło w środę. Tak czy owak lekarz ortopeda nie skierował go nigdzie, nie dał mu żadnych leków. Napisał na kartce tylko, że ma brać jakąś maść. Sorki maść mu napisał, żeby stosował po EKG. Kazał mu jechać do Szczecina na dokładniejsze EKG nogi, żeby stwierdzić gdzie jest zakrzep. Badanie potwierdziło, że jest w łydce. Następnie lekarz wcale nie dał mu jakichś leków, ale po prostu kazał mu za dwa tygodnie zrobić ponowne badanie krwii. Może wtedy brat powinien był iść do lekarza rodzinnego ze stwierdzoną zakrzepicą i może by dostał leki, może skierowanie do jakiegoś specjalisty. Nie wiem, bo może by się znów okazało, że terminy są w październiku. Tak czy owak ten prywatny tylko powiedział, że ma jak najmniej chodzić, trzymać nogę w górze i takie tam. Nie uznał, że zakrzepica jest jakaś groźna. Brat wykonał następne badanie krwi i okazało się, że te Di-Dimery spadły do 5000, a więc spory postęp. Niepokoił nas w domu przez jakieś dwa tygodnie jego potworny kaszel. Strasznie suchy, duszący i męczący. Lekarka rodzinna osłuchała go podczas wizyty. Podczas tej kiedy już wiedziała, że ma zakrzepicę. Nie stwierdziła zapalenia płuc ani oskrzeli. Takiego jednak kaszlu ja nigdy nie słyszałem. Czasem myślałem, że sie dusi nawet. Chodził już jednak po domu. Chodził na spacery, czasami godzinne. W sumie wydawało się, że jest lepiej. Jeszcze jak ten kaszel ustał to też wydawało się, że jest w miarę ok. Lekarz prywatny po ujrzeniu wyników badań krwii powiedział mu, że ma zrobić 30 kwietnia jeszcze raz USG w Szczecinie tej łydki i potem znów badania krwii. Jak to się mówi pieniążki lecą, bo za każde USG, każde badanie krwii, każdą wizytę płacisz i to nie mało. Ten lekarz pewnie stwierdził, że to samo przejdzie tak jak pewnie brat i ja też. Faktycznie było coraz lepiej. Dwa dni przed walką o życie tańczył, a dzień wcześniej poszedł na bardzo długi spacer jak na niego. Taki koło 4 kilometrów. Kaszlu też już nie miał. Jakże pozory mylą... W środę walczył o oddech i życie... Pisałem już o tym i też pisałem o zachowaniu sanitariuszy. Oni kompletnie lekceważyli sytuację. Oni przecież nie widzieli jak dwa razy tracił przytomność, a ja tak. Widzieli go tylko świadomego i bardzo bladego siedzącego na łóżku. Dowiedzieli się, że ma zakrzepicę. Zarzucali bratu, że nie poszedł do rodzinnego lekarza po EKG, które stwierdziło zakrzepicę w łydce, że się nie leczył. Chciał się przecież leczyć, ale terminy były w publicznej służbie zdrowia do ortopedy na koniec kwietnia. Nie chciałem się z tym jednym kłócić, bo przecież widziałem prawie Śmierć brata. Potem ten sam koleś zaczął insynuować, że to, że brat założył krzesło na głowę to znaczy, że może jest bardziej do leczenia psychiatrycznego. Następnie bladość na twarzy pozwoliła im stwierdzić, że może za mało jadł i pił tego dnia. Ja powiedziałem im w szczegółach jak to wyglądało jak tracił przytomność. Nawet się zastanawiali i konsultowali decyzję z kimś tam przez telefon czy go brać do szpitala. Pamiętam jak mówił, że jak przecież brat dwa razy stracił przytomność więc chyba kwalifikuje się na szpital. Nie wzięli ze sobą noszy co też pokazuje lekceważenie sytuacji. Znosić kogoś z czwartego piętra? Czy nam się chce dzisiaj? Nawet nie wzięli tego krzesełka. Do tego gadki do brata, że czego on pracuje w ochronie, a nie w Zalando. Wiecie co się stało? Dziś się dowiedziałem. Jak brat schodził z tym lekarzem po schodach do karetki to stracił przytomność po raz trzeci. Lekarz go łapał. Wtedy dopiero przez okno widziałem jak drugi wziął krzesełko, ale brat jakoś sam zszedł. Dziś już wiem czego tak długo to trwało. Tak czy owak ufając czy to prywatnemu lekarzowi czy lekarce rodzinnej i czując, że jest coraz lepiej bez żadnych leków nagle idziesz do kuchnii skrzep się odrywa... Upadasz, tracisz przytomność, walczysz o oddech, nie wiesz co się dzieje... Potem upadasz na stojąco, oczy uciekają tak, że widzisz białka, tracisz przytomność. Lekarze nie pomogli, pomógł dopiero szpital, ale już wtedy jak brat był w stanie krytycznym co się okazało dziś dokładnie. Wszyscy są częścią systemu czy to prywatny lekarz czy publiczny. Oni mają gdzieś twoje zdrowie. I co podałbym prywatnego lekarza do sądu czy publiczną służbę zdrowia, że wizyta u ortopedy dopiero na koniec kwietnia. Miałby tę wizytę brat na cmentarzu. Wskórał bym coś? Pewnie, że nie. Z systemem nie wygrasz. Może trzeba było znaleźć innego lekarza ortopedę prywatnego. Nie wiem. Wiem, że są też dobrzy lekarzy. Być może brat trafił źle. To pokazuje, że musisz mieć jakąś intuicję, który tylko bierze kasę i ma Ciebie gdzieś, a który jest z powołania. Brat akurat nie ma wyczucia ludzi, ja mam. Prawie zapłacił życiem, ale na szczęście trafił tam gdzie w końcu mu pomogli. Co prawda w ostatniej chwili, ale zawsze. Wiem, że jest coraz lepiej i że to tylko doświadczenie. Każde daje naukę czy to mi, bo to obserwowałem czy to bratu. Także jestem pewien już, że będzie dobrze. Skrzepy ma usunięte z płuc, rozrzedzono mu krew, odłączono od aparatury i teraz będą go uruchamiać, żeby stanął na nogi i chodził. Także ze Śmiercią jestem za pan brat w tym życiu. Może moja energia była silniejsza od zamiarów Śmierci. Może pomogłem, może uratowałem bratu życie. Nie wiem i tego się nie dowiem. Po prostu tak miało być. Groźnie, niebezpiecznie, strasznie, ale suma sumarum skończyło się dobrze. Z zachowań lekarzy czy sanitariuszy sami wyciągnijcie wnioski, bo to jest jedna z historii z życia wziętych. Pokazanie też tego, że Śmierć jest bardzo blisko Nas codziennie, ale jak nas nie dotyczy bezpośrednio to jakby jej nie było. Nie życzę jednak nikomu ujrzenia Śmierci w oczach kogoś bliskiego nawet przez chwilę. Życie w ciele fizycznym jest kruche i nie znasz dnia ani godziny i z drugiej strony życie nie polega na tym, żeby bać się Śmierci, ale żeby nie bać się życia. W sumie zaśmiałem się jej w twarz podczas ratowania brata, ale wiem, że to nie tak, że jej już nie spotkam i nikt z Nią nie wygra jak nadejdzie czas. Czas na brata nie nadszedł i nawet nie chcę myśleć jak bym sobie to tłumaczył jakby zmarł. To zrozumienie nie byłoby dla mnie proste...

CZY MOŻEMY WYGRAĆ ZE ŚMIERCIĄ?
Autor: rasmarsom | Kategorie: ŚwiadomoŚĆ 
18 kwietnia 2024, 08:04

   Czy ja wczoraj wygrałem ze Śmiercią, czy to brat wygrał? Czy ja w tym pomogłem? Potwierdziło się, że zakrzep trafił do płuc i myślę, że byłem świadkiem cudu. Czytałem, że wtedy umiera się w kilka sekund. Dobrze więc wczoraj pisałem, że widziałem w oczach brata Śmierć. Na całe szczęście pokonał ten zakrzep blokujący przepływ krwi w płucach. Wywalczył oddech, Boski oddech życia. Może moja obecność sprawiła, że mu pomogłem, ale wczoraj czułem od rana, że coś jest nie tak. Miałem bardzo dziwne sny w nocy. Nie pamiętam co mi się śniło, ale wstałem bardzo taki niespokojny i smutny. Potem widok pogrzebu i karawany przed Kościołem, potem czytanie nekrologów. Ostatnio też wychodzę na spacer jak nie biegam akurat gdzieś około 17 30. Wczoraj ze względu na niepewną pogodę i chłód wyszedłem wcześniej. Planowałem iść jeszcze nad rzekę, spacer był bardzo niespokojny. Coś mnie jednak ciągnęło do domu. Widziałem ciemne chmury i nawet mama się spytała co tak wcześnie wróciłem. Dziś już wiem. Wróciłem, żeby wyrwać brata ze szponów Śmierci. Wszystko to były znaki dla mnie. Mogłem się nie posłuchać i pójść nad rzekę, a nawet nie miałem telefonu przy sobie więc nic bym nie wiedział co dzieje się w domu. Byłem jednak, bo posłuchałem się intuicji, a wracając do domu kilka razy chciałem skręcić i iść nad rzekę. Wtedy nie byłbym przy agonii brata walczącego o życie, a mama nie wiem jak by zareagowała. To nie jest tak, że ja teraz myślę, że to dzięki mnie, bo nie mam takiej władzy, aby decydować o życiu i śmierci. Nie mam takiej władzy, aby decydować o czasie odejścia kogoś z tego świata fizycznego. Nie mam władzy, aby wpłynąć na czyjś plan życia. Brat był dzień wcześniej na spacerze pod lasem. Jakby wczoraj ten zakrzep dostał się do płuc na spacerze mogło tam nikogo nie być... Nie ma przypadków i to wiem już od ponad 10 lat. Wszystko się dzieje po coś i w jakimś celu. Często nie rozumiemy tego w danej chwili, bo to przychodzi z czasem. Życie to nie jest jakiś splot przypadków i zdarzeń losowych. Wmawiają nam tak tylko, żebyśmy to spłycali, ignorowali i nie myśleli o tym. Zdarzają się jednak momenty w każdym życiu, każdego człowieka, że czuje on, że jest coś więcej niż tylko to co widzi, czuje i słyszy. Można to zignorować, można to uznać za wytwór umysłu czy za chorą wyobraźnię. Można też wmówić społeczeństwu, że ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną po prostu mieli urojenia i to ich umysł ich oszukał, że widzą światło, dusze zmarłych i światło w tunelu. Ale wiecie co? Myślicie, że ci ludzie co przeżyli śmierć kliniczną uznali, że mieli tylko urojenia? Oglądaliście może co Ci ludzie mówią? Napiszę Wam. Oni mówią, że zmienili podejście do życia, że są radośni, że nie boją się, że wiedzą, że nigdy nie umrą. I nauka może wciskać kity, że to umysł ich oszukał. Oni to czują, wierzą i wiedzą, bo to zobaczyli co tam jest. Co prawda przez chwilę, ale byli już w tej innej częstotliwości duchowej. Dlaczego "oficjalna nauka" temu zaprzecza? Bo wtedy ludzie przestaliby bać się śmierci, a wtedy nie możesz ludzi kontrolować. Bliskie spotkanie z Nią może nam dać jednak bardzo dużo odpowiedzi, ale tylko wtedy gdy to poczujemy, jeżeli dopuścimy do siebie wtedy świat duchowy. Możemy go całe życie negować, każdy ma ten wybór. Możemy wszystko tłumaczyć w logiczny sposób, ale zdarza się, że ludzie, którzy nigdy się nie modlili nagle na łożu śmierci modlą się i odzyskują wiarę w "Boga". Ja to nazywam Najwyższą Boską Świadomością i już trzeci raz w życiu zetknąłem się ze Śmiercią twarzą w twarz. Dwa razy się udało, raz nie, a więc skuteczność jest dobra. Ojcu nie byłem w stanie pomóc, bo już nie miał funkcji życiowych, ani tętna ani oddechu. Mi ktoś pomógł, a ja pomogłem bratu. Piszę tu jakby symbolicznie, bo przecież jak ja nałykałem się silnych leków to gdybym wyrzucił opakowania po tabletkach przez okno to nie wiem czy by mnie odratowali, a tak wiedzieli od czego byłem nieprzytomny. Brat też gdybym go nie przewrócił na bok być może by się po prostu udusił w wyniku niedrożności płuc. Nie wiem czy w takich momentach mamy władzę nad życiem. Nie wiem na ile naszą wolną wolą możemy skrócić albo przedłużyć życie. Jedno wiem. Będę o tym pisał, mówił i kolejne doświadczenia utwierdzają mnie w tym jeszcze mocniej. Mało tego. Ignorowanie, wyszydzanie czy wyśmiewanie mnie w ogóle mnie nie ruszy. Większość ludzi nie chce zgłębiać tajemnic duszy, energii i świadomości czy tajemnicy śmierci. Każdy ma wybór. Ja poszedłem tą drogą i nie zejdę z niej do końca mojego pobytu w tej inkarnacji. Nie zależy mi na czytalności czy odsłuchiwalności. Nie zależy mi na polubieniach, lajkach, łapkach w górę. Mam o tym pisać, mam o tym mówić, bo tak mnie prowadzi świat niefizyczny. Paradoksalnie to, że wczoraj widziałem prawie Śmierć brata umocniło mnie jeszcze duchowo, w sercu i w świadomości. Nie wydaje mi się, że Śmierć się mnie posłuchała wczoraj i odeszła. Może to nie moja zasługa, a może jego Anioła Stróża i przewodników duchowych albo rodziny dusz. Może wszyscy walczyli wczoraj ze Śmiercią, a ja po prostu robiłem tylko co mogłem. Może to nie był brata czas na odejście. Może miałem to zobaczyć, aby jeszcze mocniej zrozumieć tematy tzw. ezoteryczne. Może miałem mieć to doświadczenie. Może miało mi to pokazać, abym się nie lękał i nie bał życia, bo to tylko blokuje, a Śmierć może przyjść w zasadzie w każdej sekundzie. Piszę to, bo tak czuję, że mi jest to potrzebne. Pisanie w danym momencie nazywam takim strumieniem przekazu z wyższej świadomości. Przelewam myśli, które otrzymuję oraz informacje i będę to czynił w jakiejkolwiek formie. Na razie są to wpisy na blogu. Być może potem to zbiorę, być może zmodyfikuję moją książkę. Być może napiszę kolejną, ale podobną, ale już na innym poziomie mojej ewolucji duszy i zrozumienia. Podobne tematy, ale inne spojrzenie, dojrzalsze. Każdy może zostawić swoje doświadczenia i wiedzę w jakiej formie chce. Ja wybrałem taki sposób. Teraz następuje zrozumienie tego co się wydarzyło wczoraj i jestem coraz bardziej spokojny, bo rozmawiałem z bratem. Dostaję spokój i myśli, że najgorsze minęło. Kto pomógł, kto Go wrócił na ten świat fizyczny nie ma znaczenia. Tak miało się stać. Wola Boska, plan życia. Nie ma znaczenia jak to nazwiemy. Mój udział w tym polegał na zrozumieniu jeszcze głębszym tego czym jest śmierć, energia, świadomość i dusza. Idę więc dalej tą drogą, bo to jest moja droga. Nikt ani nic nie przeszkodzi mi w tym. Będą wpływy negatywnej mocy, ale jestem na to przygotowany. Będę zwodzony i to wiem też. W tym momencie jednak czuję potężną moc i siłę. Wchodzi ona we mnie coraz mocniej. Niech płynie przeze mnie spokojnie, w harmonii i bez strachu. Jak rzeka, bo przecież ja jako ciało fizyczne jestem tylko korytem rzeki, a ona jest duszą, która płynie przeze mnie. Świadomość jest natomiast myślami, które pojawiają się jak drobinki złota w tej rzece, która płynie wiecznie. Płynie wiecznie tak jak i Świadomość. Można też ją nazwać promieniami Słońca, które padają na rzekę i ją oświetlają. Parę dni temu byłem nad rzeką i tak to zwizualizowałem patrząc na pas na rzece, którą stworzyły promienie Słońca. Wszyscy jesteśmy razem tą rzeka duchową i tymi promieniami słońca-świadomości, ale każdy z Nas ma nieśmiertelną duszę i nieskończoną świadomość, która wypełnia Ocean Boskiej Świadomości. Rozumiem teraz dlaczego przebudziłem się w wieku 33 lat. Dlatego, że symbolicznie albo naprawdę Jezus wtedy zmartwychwstał w tym wieku i ja też. Teraz wkraczam w wiek 44. Ósemka oznacza nieskończoność więc nieprzypadkowo po wielu latach wróciłem do książek o duszy, świadomości, energii i ciele. Do teraz nie wiedziałem dlaczego. Nie ma przypadków, zdarzeń losowych. Bądźcie ŚWIATŁEM, emanujcie pozytywną energią do Świata i ludzi i idźcie swoją drogą. Bez strachu, lęku, poczucia winy i czujcie, że JESTEŚCIE SOBĄ, BO WTEDY JESTEŚCIE WOLNI. JA JESTEM nawet jak czasem o tym zapomnę. Świat duchowy, energii i świadomości nie powoduje złej energii. To jest ta przewaga nad światem, który nam sprzedają codziennie. Do sklepów typu religie, media, polityka, gospodarka, banki itd. staram się nie wchodzić. Jeżeli tam wejdę to tylko na chwilę, ale tylko dla obserwacji, bo nic tam nie kupię. Pójdę do jakiegoś małego sklepiku gdzie wchodzi niewiele osób i tam wezmę co potrzebuję dla mojej ewolucji duszy. Wielu tego sklepiku nawet nie widzi, bo nie chce. Każdy go jednak może znaleźć w każdym momencie życia i wtedy dozna czegoś czego nie może poczuć, ujrzeć ani uslyszeć ani ogarnąć zmysłami. Ja tam wszedłem do tego sklepiku i może na jakiś czas też go nie dostrzegałem, ale już go widzę z powrotem i tam robię zakupy. Uwierzyłem i ujrzałem...

WALCZ BRACIE!!! JESZCZE NIE CZAS...
Autor: rasmarsom | Kategorie: ŚwiadomoŚĆ 
17 kwietnia 2024, 19:22

   To jest temat, którego się boimy. W zasadzie mimo, że jest ona wokół nas codziennie to nie dopuszczamy tego do świadomości. Nie chcemy o niej rozmawiać, bo powoduje ona strach. Dziś jednak zobaczyłem na własne oczy jak brat traci przytomność i świadomość. W pewnym momencie nawet poczułem, że go tracę. Takich oczu człowieka, a tym bardziej  z najbliższej rodziny jeszcze nie widziałem. Ciężko mi nawet zebrać myśli, bo on ma zakrzepicę. Zdaję sobie sprawę i czytałem o tym, że może to być bardzo niebezpieczne w momencie jak oderwie się zakrzep i trafi do płuc. Nie wiem czy tak było dziś, ale do tej pory nie mogę zebrać myśli. Każdy z Nas kiedyś odchodzi. Czy kiedykolwiek jesteśmy na to gotowi? Nigdy nie jesteśmy na to gotowi. Myślę, że nawet jak ktoś ciężko choruje i przyzwyczajamy się do tego, że skończy się to śmiercią to jednak do końca wierzymy. Dlaczego tak jest? Dlatego, że czy to mama, ojciec, brat, siostra, syn to jednak żyjemy z nimi od urodzenia, łączą nas więzy krwi. Utrata kogoś bliskiego jest zawsze bardzo trudna i traumatyczna. Zdarza się to też z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z sekundy na sekundę. Nigdy nie jesteśmy przygotowani na śmierć, ale nagła i niewytłumaczalna jest przede wszystkim potęznym szokiem. Pojawia się wtedy tylko jedno pytanie : "Dlaczego on, ona, dlaczego teraz, dlaczego tak młodo?". Ktoś nas nagle zostawia i to jest szok, ból, niedowierzanie, cierpienie. To jest też gniew np. na Boga, to jest też złość. Wszystko się miesza i kumuluje. Mimo, że nie postrzegam śmierci jako końca, a jedynie jako odejście ciała fizycznego to wiem jak się traci kogoś bliskiego nagle. Mój ojciec ani mój brat ani ja nigdy nie ufaliśmy lekarzom i konwencjonalnej medycynie. Z upływem lat ta wiara jest coraz mocniejsza, że jak to mówię : "Strzeż się białych kitli i czarnych, czyli księży". Nieważne co się zdarzy to tak będę żył. Mój ojciec nie był jakiegoś mocnego zdrowia. Na dodatek mama choruje na schizofrenię i to też nie pomagało nigdy w domu. Ja i brat się uczyliśmy, ojciec jakoś wiązał koniec z końcem. Nigdy nie chcieliśmy mieć dużo. Czy jednak można zmusić kogoś do leczenia się? Pewnie, że nie. Tym bardziej jak wydaje Ci się, że jest wszystko ok. Pamiętam jak znajdowałem schowane całe zęby trzonowe ojca, które mu wypadały. Może chorował na płuca, bo dużo palił, może praca przy wiskozie też wpłynęła na zdrowie, może miał chore serce. Z pewnością nie wyglądał jak okaz zdrowia, ale dawał radę i żył. Zakład w którym pracował wiele lat został zamknięty, a ojciec miał 45 lat. Praktycznie całe życie tam pracował, a tutaj chora mama, ja na studiach, brat w technikum i co dalej? Każdy ma taki moment w życiu, że coś się zdarza i nie wie co dalej. Masz poukładane życie przez wiele lat i nagle boom. Do czego dążę? Brat tak jak i ojciec nie chciał się leczyć teraz jak mu wykryli zakrzepicę. Gdyby nie mama to by nawet nie poszedł do lekarza. Wiem, że organizm ludzki ma zdolność leczenia się samemu, ale... Jest to ryzyko, bo jak zakrzep się oderwie i trafi do płuc to podobno umiera się w kilka sekund. Możesz mieć wyniki coraz lepsze, coraz więcej chodzić. Brat dwa dni temu tańczył, a pamiętam jak na początku chodził na czworakach do toalety. Miał też potworny kaszel jakiś czas. Wszystko jednak jakoś się unormowało. Po wynikach krwi okazało się, że jest coraz lepiej. Chodził już na dlugie spacery nawet. Dwa dni temu jak ujrzałem go jak tańczy doszło do mnie, że może bez żadnych leków upora się z zakrzepicą. Pomyślałem, że może jeszcze miesiąc i będzie zdrowy. Nigdy na nic nie chorował. W sumie to śmiałem się, że on jest jak "koń" i nie do zajechania. Zdrowie ma po mamie, która była silniejsza od ojca i przeważnie kobiety są silniejsze. Ja wiedziałem zawsze, że ojciec miał słabe serce i pewnie dlatego zacząłem też biegać. Powody były też inne, ale wiedziałem, że wysiłek fizyczny dobrze wpływa na serce. Zawsze mi się wydawało, że jestem słabszego zdrowia niż brat mimo, że biegałem maratony. Nie wiem co mu się dziś stało, ale widok jak leży bez świadomości i widzę tylko białka oczu długo ze mną zostanie. Słysząc jak leży i walczy o oddech pomyślałem, że to koniec... Leży pod kroplówką, zrobią mu badania i zobaczymy co będzie, ale dziś po raz kolejny czułem, że Śmierć była blisko niego. Nie wiem jak blisko, bo klepałem go po twarzy, żeby nie tracił przytomności. Nie wiem nawet po co to wszystko piszę. Może to mój sposób na wyrzucenie emocji i szoku. Może taki już jestem, że lubię pisać, nagrywać podcasty, tańczyć, śpiewać, mimo, że mam świadomośc, że tego nikt prawie nie odsłucha. Robię to jednak z potrzeby wewnętrznej duchowej czy świadomości. Jestem myślami z bratem w szpitalu. Ciężko mi dziś nawet patrzeć na wielki mecz w Lidze Mistrzów. Jeszcze tego nie napisałem, ale mój ojciec miał ciężki okres bez pracy i na zasiłku. Codziennie widziałem jak się zapada w sobie, jak nie ma pomysłu jak utrzymać rodzinę. Mama krzyczała na niego, rodzina też, ale nic to nie dawało. Nikt nas nie zmusi do niczego. Sami musimy znaleźć rozwiązanie problemu, pomysł co dalej. To musiało strasznie wpłynąć na jego zdrowie i na serce. Zasiłek się kończył i ojciec nadal nie znalazł pracy. Gdzieś jednak pamiętam, że dzwonił, że coś się ruszyło w nim. Tego dnia nie zapomnę nigdy. Pierwszy raz od roku widziałem ojca uśmiechniętego i zadowolonego. Wygrał coś, już nie pamiętam co i szedł to odebrać. Wielu z Was z pewnością straciło kogoś nagle i ja też... Wyszedł po prostu z domu zadowolony, schodził z czwartego piętra i jego serce nie wytrzymało. Za parę minut zadzwoniła sąsiadka, że ojciec leży pod jej drzwiami pod czwórką. Zbiegłem po schodach i myślę, że byłem ostatnią osobą oprócz sanitariuszy, którzy wiedzieli, że ojciec zmarł. Przed sprawdzeniem tętna w szyji wiedziałem, że odszedł. Wiecie dlaczego płakałem? Tylko dlatego, że nigdy mu nie powiedziałem, że go kocham. Z czasem zrozumiałem, że on to wiedział. Dwa tygodnie co noc płakałem i zadawałem pytania dlaczego odszedł gdzieś do Boga. W momencie śmierci wszystkie jego pieniądze jakie miał to jakieś 20 zł w kieszeni i to wszystko. Nie bałem się o mnie ani o brata, ale o mamę, bo wiedziałem, że jakieś traumatyczne przeżycie wywołuje u niej atak schizofrenii. Kto nie zna tej choroby to napiszę, że atak polega na tym, że mama 2 tygodnie lata jak nakręcona, słyszy głosy zmarłych, jest bardzo pozytywna, nie kontroluje tego co kupuje. Totalna ochota do życia i taka euforia. Wszędzie chodzi, wszystko robi, z każdym rozmawia. Potem większa dawka leków powoduje senność i wyciszenie. Po miesiącu wraca stabilizacja. Ona z takiego miesiąca nie pamięta prawie nic. Są to tylko jakieś przebłyski świadomości. Tak jakbyś codziennie nie wiem brał jakiś twardy narkotyk i był na chaju. O dziwo po śmierci ojca nie miała ataku. Do tej pory nie wiem dlaczego. Ja po dwóch tygodniach dostałem odpowiedź dla siebie. Nic wtedy nie wiedziałem o śmierci,  o duszy, o Bogu, o świadomości. Ojciec śnił mi się szczęśliwy jakby chciał przekazać, że jest ok, że tam jest lepiej. Nie wiem kto to. Nie wiem czy to Bóg, nie wiem czy dusza Ojca, nie wiem czy mój Anioł Stróż, nie wiem czy to moja rodzina dusz, nie wiem czy to moi przewodnicy duchowi. Ktoś mi przekazał, że tam jest mu lepiej niż tu i że mam się z tym pogodzić. W późniejszym okresie mojego życia przeczytałem, że im szybciej pozwolimy duszy odejść z tego świata tym lepiej. Ja po dwóch tygodniach przestałem nagle płakać. Spłynęło na mnie zrozumienie. Potem przyszło kolejne zrozumienie. Ojciec zmarł, żeby uratować rodzinę naszą. Wiem jak to brzmi, ale nie mielibyśmy środków do życia, a tak mama dostała rentę po ojcu najpierw rodzinną, a potem chorobową. Ja i brat dopóki się uczyliśmy to też dostawaliśmy pieniądze. Ojciec poświęcił swoje życie dla nas. Teraz jak już mam większą wiedzę to wierzę, że każdy ma plan życia swój i ojciec też go miał. Mam nadzieję, że brata plan życia w tej inkarnacji nie zakłada śmierci teraz. Zobaczymy co znajdą lekarze. Czy to zakrzepica czy coś innego. Doszło dziś do mnie, że ze śmiercią jestem blisko w tym życiu. Może po to, żebym zrozumiał czym ona jest i że to nie jest nic strasznego. Na poziomie ludzkim jest przerażająca, na poziomie duchowym to tylko przejście na inny wymiar czy częstotliwość. Nigdy jej nie zrozumiemy jak nie zaakceptujemy sfery duchowej. Piszę tu oczywiście o śmierci naturalnej nieważne w jaki sposób ona przychodzi. Ktoś kto popełnia samobójstwo nie wiadomo czy wykonał plan życia. Taka dusza przekona się o tym w świecie niefizycznym. Może nie dała rady, może nie dopasowała się do ziemskiej częstotliwości. Może zapomniała co ma tu zrobić w tej inkarnacji, bo przecież mamy wolną wolę, świadomość, emocje. Życie w ciele fizycznym przez różne doświadczenia czy emocje może nas pokonać psychicznie i mentalnie. Coś o tym wiem, ale jednak mój plan życia jest inny. Ja zostałem cofnięty z powrotem na ten świat, a dlaczego? Bo byłem głupi, byłem ignorantem i zmarłbym w głupi sposób nic nie wiedząc o tym świecie. Paradoksalnie to doświadczenie traumatyczne było mi bardzo potrzebne. Dziś nawet się zastanawiam, bo przecież brat mnie musiał wtedy widzieć jak karetka po mnie przyjechała. Nie wiem czy to wyglądało bardzo źle, nie wiem czy to wyglądało, że jestem blisko śmierci, bo z tego nic nie pamiętam. Jest to typowa reakcja naszej świadomości i pamięci. W takim traumatycznym momencie w życiu przeważnie nic nie pamiętamy dlatego, że nasza świadomość nas chroni i przed tym i wymazuje to z naszej pamięci. Brat też nic nie pamięta z dziś jak dwa razy stracił przytomność. On mnie widział w takim stanie utraty przytomności, ale to było na moje własne życzenie. W życiu się nie spodziewałem, że dziś ja go ujrzę w takim stanie na granicy życia i śmierci.

   Nie ma przypadków i dziś, a nie robię tego często spojrzałem na nekrologii przed sklepem. Widziałem dziś też przed kościołem karawan, a nigdy ceremonii pogrzebowych nie ma w kościele tylko w kaplicy na cmentarzu. Może to były jakieś znaki, że dziś śmierć krąży gdzieś blisko. Zobaczyłem dwie osoby na nekrologach, pewnie mąż i żona. Jedno z nich odeszło, a drugie tydzień później. Byli już w wieku w którym można odejść naturalnie. Widocznie druga osoba nie poradziła sobie z tym odejściem, a może była to tak wielka miłość, że zostały ich dusze zabrane w tym samym czasie prawie. Tak czy owak dziś Śmierć była za blisko mnie. Nie mogę myśleć, że uratowałem brata dziś, bo nie wiem co to było. Jeżeli miałby odejść tak nagle to przecież bym nie wygrał z tym. Wszedłem do niego, a on trzymał krzesło od komputera na głowie dziś. Spytałem co on wyprawia? A on, że to taki wygłup. Może już w tym momencie tracił świadomość. Zdjął krzesło, wszedłem do pokoju, a on zrobił się bardzo blady i mówił, że czuje ból w mostku jakby mu się coś przesunęło. Myślałem, że może nie wiem krążenie osłabło i zaraz wróci do siebie. Z pokoju usłyszałem jakby coś spadło gdzieś w kuchnii czy w łazience. Poszedłem i ujrzałem jak leży na boku i próbuje rzygać, łapać oddech. Straszny dźwięk. Spodziewałem się widoku krwi albo żygowin, ale nic takiego nie miało miejsca. Przewróciłem go na bok. Oddech wrócił, spojrzał na mnie oczami bez świadomości. Nie zarejestrował tego, że upadł. Pomogłem mu wstać, spytałem czy może iść. Był blady jak ściana. Zrobił kilka kroków i stracił przytomność na stojąco lecąc na plecy. Jakoś zamortyzowałem jego upadek, ale wtedy jak ujrzałem, że nie kontaktuje a oczy wywracają się do góry i widać tylko białka wiedziałem, że jest coś poważnego. Nie wiedziałem co robić więc uderzałem go w policzek, żeby calkowicie nie stracił przytomność. Czułem, że go "tracę" jak to mówią w żargonie medycznym. Próbowałem go przewrócić na bok i nagle wrócił. Odzyskał świadomość na tyle, że wiedział gdzie jest. Wszystko to było bardzo dziwne, a potem siedział na łóżku wystraszony, w szoku i bardzo blady aż do przyjazdu karetki. Pomijam to, że oni wiedząc, że dwa razy stracił przytomność nie zabrali noszy i kazali mu schodzić po schodach. Z okna widziałem, że tak szybko nie zszedł... Brat popełnił błąd, że nie zaczął leczyć tej zakrzepicy farmakologicznie, ale jakieś gadki co miał robić to chyba nie rola w tym momencie sanitariuszy. Ma zakrzepicę, nie ma leków, dwa razy stracił przytomność więc róbcie co macie robić i do szpitala. Zdarzyło się, jest jakiś problem, organizm z czymś walczył i tyle. Nie jesteście od tego, żeby doradzać kto co ma robić i jak się leczyć. Nie chce się też znosić kogoś na noszach z czwartego piętra mimo, że brat był blady jak Śmierć. Właśnie też dlatego nie wierzę i nie ufam medycynie, a po Plandemii już kompletnie. Czas pokaże co dalej i dlaczego tak się stało. Mogę tylko przesłać bratu pozytywną energię i mieć świadomość, że być może uratowałem mu życie. Niewiele zrobiłem, ale może energia wystarczyła moja. Nie wiem... Wiedziałem jednak podświadomie co mam robić będąc całkowicie świadomym. Nawet przez moment nie spanikowałem. Także nie żartuj sobie Robercie tak więcej i będę miał na oku te "białe kitle", żeby Ci tam krzywdy nie zrobili w tym szpitalu. Jeszcze mi się coś nasunęło. Jak brat powiedział sanitariuszowi, że trzymał krzesło na głowie to on zaczął insynuować, że to podejrzane jest. Pewnie weźcie go jeszcze zamiast do szpitala to do psychiatryka. Nie podobał mi się ten jeden koleś dziś, drugi był ok. Jeden był wszystkowiedzący. Teraz tak sobie myślę, a może nie pomyślałeś alfo i omego, że to, że trzymał krzesło na głowie to może była oznaka, że coś się dzieje w organiźmie i że już wtedy nie wiedział co robi i tracił świadomość i poczucie rzeczywistości? Najłatwiej zacząć insynuować niepoczytalność pacjenta. W za dużym szoku byłem, żeby reagować mocniej. I tyle. Wypisałem się i jestem spokojniejszy. A City z Realem dogrywka, ale widzę ten mecz nie widząc go. Za dużo mam myśli związanych z bratem. Jeżeli miałbym z całego mojego życia wskazać jedną osobę, która mi najbardziej pomogła i pomaga to jest to brat. Nikt więcej... Jakby nie on to ja bym nie żył, nie biegałbym, nie byłbym listonoszem, nie przebiegłbym maratonów, nie przeżyłbym miłości, nie napisałbym książki... W całym życiu jest to jedyna osoba fizyczna, która wiedziała jak mi pomóc w czasie mojego niebytu i przebywania w mroku i ciemności. Inni, którzy mi pomagają to dusze ze świata niefizycznego oraz Boska Świadomośc. Być może dziś w jakiś sposób się odpłaciłem za to i dzięki temu on żyje. Jutro pobiegnę do lasu dla niego. Zapomniałem. Moja ścieżka rowerowa i mój las oraz moje drzewo też mi pomagały w odbudowie mnie. Jutro pobiegnę z modlitwą w sercu za brata i jego zdrowie. Bez niego po śmierci ojca ten dom by nie istniał. Wiem to i ja i mama.

  

JAK ZOSTAŁ STWORZONY CZŁOWIEK?
Autor: rasmarsom | Kategorie: ŚwiadomoŚĆ 
16 kwietnia 2024, 08:26

   Czy to ma jakieś znaczenie skąd przybyliśmy jako rasa ludzka, kto Nas stworzył, jaka jest prawdziwa historia ludzkości? Ma i to potężne, ponieważ kto kontroluje teraźniejszość kontroluje też przeszłość, czyli historię. Oficjalna historia ludzkości jest też manipulacją. Pojawia się coraz więcej dowodów badaczy i naukowców, że to wcale Sumer nie był początkiem ludzkości. Tak jednak głosi oficjalna "nauka". Nie wyjaśnia ona wielu cudów świata zbudowanych przez rzekomo prymitywnych ludzi. Skąd oni mieli taką wiedzę i takie technologie? Najwyraźniej ktoś tu nasz jak zwykle oszukuje w tym nie mówiąc nam całej prawdy o Stworzeniu człowieka. Sam zadaj sobie pytanie czy np. Piramidy zbudowali prymitywni ludzie czy może istoty pozaziemskie w tym maczały palce? Ma to większy sens, ale co to oznacza? Oznacza to, że nie jesteśmy sami jako rasa ludzka we Wszechświecie. Oficjalna wersja nauki stara się wykluczyć istnienie Lemurii i Atlantydy jako bardzo rozwiniętych cywilizacji, które miały większą wiedzę na temat astronomii, astrologii, Słońca, linii energetycznych Ziemi, świadomości. Miały większą wiedzę niż my teraz jako ludzkość, bo jestem przekonany, że ta wiedza nadal istnieje i jest dostępna, ale tylko dla nielicznych. Być może dlatego elita sterująca światem zwie się dumnie Iluminatami, czyli Oświeconymi, bo mają dostęp do tej starożytnej wiedzy Atlantydów i Lemurii. Nauka uznaje, że to były tylko legendy i mity, ale jest coraz więcej dowodów na to, że człowiek wcale nie powstał 5000 lat temu w Sumerze po Wielkim Potopie, ale znacznie, znacznie wcześniej. Wmówiono Nam i tego nas uczą w szkołach, że pochodzimy od małpy i obecny kształt ciała ludzkiego to wynik ewolucji. Mamy wierzyć, że to było takie proste bez żadnych tajemnic. Inni mówią, że powstaliśmy z pyłu gwiezdnego. Co jednak by się stało gdyby okazało się, że człowiek wiele tysięcy lat temu miał większą wiedzę niż teraz? Zacząłbyś zadawać pytania i szukać. Masz wierzyć, że człowiek prymitywny miał wiedzę, żeby przenosić wielotonowe bloki skalne i budować piramidę, że miał potężną wiedzę matematyczną, fizyczną, geometryczną. Skąd on to wiedział jak przecież był na etapie polowania na dzikie zwierzęta? Nauka uznaje, że to teraz człowiek ma największą wiedzę i tworzy najlepsze technologie. Czyżby? To dlaczego nikt nie potrafi zbudować piramidy teraz? Nie wiem jaka jest prawda, ale wersja, że pochodzę od małpy albo że stworzył mnie pył gwiezdny nie trafia do mnie w świetle tego wszystkiego czego się dowiedziałem i w świetle tego, że oficjalna nauka nie potrafi wyjaśnić wielu tajemnic świata i wielu starożytnych budowli.

   A co Nam mówi na ten temat religia chrześcijańska, bo w tej wierze zostałem zindoktrynowany i uwarunkowany. Tutaj też jest wiele nieścisłości i sprzeczności. Mnie zawsze zastanawia to jaki był wtedy Bóg, który wszystko stworzył. Stworzył człowieka na swoje podobieństwo, a jednak był dla niego srogi i okrutny i mściwy. Jezusa spytano czego Twój Ojciec był taki okrutny dla ludzi, a Jezus odpowiedział, że przez zatwardziałość serc Waszych. Jednakże wiara ta mówi, że Bóg jest prawdziwą miłością i nie zabija swoich dzieci, które stworzył, a jeżeli te dzieci czynią zło to zostaną osądzeni i trafią do mitycznego Piekła. Zadaję więc pytanie takie. Skoro Bóg w Starym Testamencie widział, że człowiek, którego stworzył czyni zło i karał go śmiercią to dlaczego teraz tego już nie czyni? Dlatego, że wysłał Jezusa, swojego Syna na Świat, który oddał życie za ludzi? Dlatego teraz mogą cierpieć niewinni na Ukrainie, w Palestynie? Teraz do woli człowiek może grzeszyć? Powiedzą Ci, że to dlatego, że istnieje Szatan i to jego sprawka. Czyli Bóg i Jezus mają tak słabą moc miłości i pozytywnej energii, że nie dają rady z Siłami Ciemności? Nie ogarniam tego wszystkiego logicznie.

  W Księdze Rodzaju jest napisane, że Synowie Boga łączyli się z córkami człowieczymi. Zaraz, zaraz. To Bóg był Kreatorem ludzi, a miał jeszcze swoich Synów, którzy łączyli się z ziemskimi kobietami? Kim byli Ci Synowie Boga? Jest napisane, że w owych czasach byli na ziemi giganci i oni zbliżali sie do córek człowieczych, a te rodziły im dzieci. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach. Jest wiele opisów w Biblii, które wskazują na to, że na Ziemii rasy pozaziemskie były obecne i miały różne zamiary wobec ludzi. Czy historia Adama i Ewy to naprawdę dzieło Stworzenia pierwszych ludzi przez Boga czy może jednak przez "Bogów". Tak były określane istoty pozaziemskie przez ludzi. A co jeżeli to właśnie owi Bogowie stworzyli człowieka jakiego znamy dzisiaj? Może to był ich projekt. A w jakim celu? Żeby stworzyć rasę niewolników, która będzie pracowała dla nich. A co jeżeli to trwa do dzisiaj i dlatego mamy taki Matrix jaki mamy? Czy jest możliwe, że Ci "Bogowie", te istoty pozaziemskie, które chciały kontrolować rasę ludzką w dawnych czasach po prostu żyli na tej planecie oficjalnie razem z ludźmi, a teraz działają w cieniu i dalej kontrolują ludzkość? Tak czy owak został stworzony Adam i Ewa jako pierwsi ludzie. Załóżmy, że stworzył ich mityczny "Bóg", wielki kreator wszystkiego co istnieje, Boska Świadomość, Najwyższa forma wszelkiego istnienia, Wielki Projektant. I co pomylił się? Przecież Bóg jest nieomylny. Tymczasem w Biblli jest napisane, że Bóg stwierdza, że zgładzi ludzi, których stworzył i nie tylko, że zgładzi też zwierzęta, bo mu żal, że to wszystko stworzył. Wtedy postanowił, że będzie Wielki Potop. Bóg w Starym Testamencie taki właśnie jest dlatego Kościół rzadko to przypomina. Rozumiem, że Bóg przez tysiące lat się uczył na błędach jak tu przekonać ludzi, żeby w niego wierzyli, a jak się zmęczył to wysłał Jezusa na Świat. Uczynił go męczennikiem za ludzkość, która nie chciała być dobra. Poczytajcie sobie Stary Testament, a zapewniam Was, że to są opowieści jak z horroru, można tym straszyć ludzi.

   Zwróćmy jednak uwagę na historię Adama i Ewy i inną wersję wydarzeń. Bogowie, a nie Bóg stworzyli nowy projekt genetyczny człowieka. Oczywiście to nie jest tak, że wszystkie rasy pozaziemskie chciały źle dla ludzi. Były różne frakcje. Wtedy umieszczono pierwszych ludzi w mitycznym Raju i obserwowano ich. Oczywiście najpierw stworzono Adama, a potem Ewę. Nie wiem jakie były założenia początkowe. Myślę, że projekt się sam tworzył i wtedy nie wiedzieli jeszcze czy on jest dobry. Chodzi mi tutaj czy od razu był cel zasiedlenia planety przez nową rasę ludzką w wyniku rozmnażania. W raju tym było jedno symboliczne drzewo z mitycznym jabłkiem. Było to drzewo prawdy. Adam i Ewa mieli zakaz zbliżania się tam, żeby nie odkryć prawdy, którą znali tylko Bogowie. Jeżeli tworzysz człowieka na swoje podobieństwo i załóżmy, że chcesz z niego zrobić niewolnika to nie przekażesz mu prawdy i wiedzy oraz tajemnic, bo mógłby to wykorzystać przeciwko Tobie. Nie przekażesz mu wiedzy matematycznej, geometrycznej, astrologicznej, astronomicznej, wiedzy o Planetach, Słońcu, energiach itd. Nie masz wrażenia, że to dzieje się do dziś? Nie masz wrażenia, że wiedza jest tłumiona? A co powiesz na fakt, że chrześcijaństwo od tysięcy lat uznaje astronomię czy astrologię za wiedzę heretycką i pochodzącą od Szatana. Co powiesz na to, że palono czarownice? Wiedza była, jest i będzie tłumiona. Dzieje się tak od tysięcy lat. Stworzono religie, aby to tłumienie rzekomej "czarnej magii" było powszechne. W raju był jednak mityczny wąż i jak dostrzegasz motywy węża się pojawiają wciąż we współczesności. Dlaczego medycyna konwencjonalna ma symbol węża? Bo może Wąż właśnie oznacza tłumioną Prawdę przez medycynę. Tak czy owak wąż skusił Ewę, żeby przekonała Adama, żeby zerwali to jabłko. Tym wężem mógłbyć jeden z Bogów, który chciał, żeby ludzie poznali prawdę i wiedzę, którą mają Bogowie. Tu mamy też symbolikę, bo przecież pierwsi ludzie mogli żyć dalej spokojnie w raju i nic by im nie brakowało. Wiedzieli jednak o istnieniu tego drzewa, a jest to pokusa. Przenosząc to na świat dzisiejszy to kiedy żyjesz w iluzji szczęścia, w takim mitycznym raju? Czy wtedy jak chrześcijaństwo każe Ci przepraszać, żałować za grzechy, klękać przed Bogiem, bać się i żyć z poczuciem winy? Nie wydaje mi się. Czy może jednak jak masz świetną pracę, wiele pieniędzy, bogactwa i dobra materialne, rodzinę. Czy wtedy czujesz się jak w raju? Pewnie, że tak, bo wydaje ci się, że masz wszystko i czy szukasz wtedy drzewa prawdy? Oczywiście, że nie, bo nie wiesz gdzie ono rośnie i nawet nie zastanawiasz się nad tym. Ono zostało ukryte przed Tobą, żebyś przypadkiem nie trafił na sens prawdziwego istnienia człowieka. W raju jednak Bogowie chcieli sprawdzić naturę człowieka, którego stworzyli. Jeden z Bogów przychylnych ludziom przekonał ich, że muszą poznać prawdę. Niestety wtedy inni Bogowie wypędzili ludzi z raju. Niestety dla ludzi. Co się stało od tamtej pory? Bogowie łączyli się z córami ziemskimi, żeby ich ród rozrastał się na Ziemi. Ród, który miał kontrolować ludzkość, rasa hybryd. Bogowie uznali, że od tamtej pory będą kontrolować rasę ludzi, których stworzyli i ci ludzie nie będą wiedzieć skąd pochodzą Ci Bogowie, kim są i jakie mają plany wobec ludzkości i jaką mają wiedzę. Rasa poddanych i niewolników i ignorantów. Kto w obecnych czasach posiada tę wiedzę wysoce rozwiniętych istot pozaziemskich, które wcale nie zniknęły. Oczywiście Iluminaci, czyli Oświeceni. Jest to jeden Wielki Projekt, który trwa od tysięcy lat. Wiedzą, że stworzyli struktury takie jak media, edukację, politykę itd, które mówią niewolnikom w co mają wierzyć i jak mają żyć. Jest to tak potężny plan zniewolenia ludzkości, że tylko wtajemniczeni znają prawdziwy sens życia. Każdy ma szansę odkryć to, ale tylko jak otworzy Świadomość. Ci, którzy kontrolują to wiedzą, że tylko garstka ludzi zacznie szukać drzewa prawdy i zerwie jabłko, które uwolni ich z więzów ignorancji i niewoli umysłu. Pierwsi ludzie mieli tę przewagę, że wiedzieli, że istnieje drzewo prawdy. Przez tysiące lat drzewo to zostało ukryte przed ludźmi. W każdym jednak momencie życia możesz na nie trafić. Możesz poczuć, że istnieją inne wymiary czy częstotliwości, niektórzy nawet je ujrzą czy usłyszą. Możesz poczuć Najwyższą Boską Świadomość. Możesz odkryć wiele rzeczy. Musisz po prostu wejść w gęsty las, nie bać się i szukać tam tego drzewa wiedzy, mądrości i prawdy. Kto szuka ten znajdzie. Najpierw jednak wyzbyj się wszystkich ograniczeń, religii, norm i wierzeń. Uznaj, że nic nie wiesz i jesteś gotowy na nowe zrozumienie i pojmowanie rzeczywistości. Oczyść umysł że śmieci. One zakłócają chęć poznawania prawdy. W tym Matrixie, w tej iluzji nigdy nie będziesz wolny, ale będziesz wolny w Świadomości. Sprawisz, że cała manipulacja mediów, edukacji będzie się jakby od Ciebie odbijać albo przelatywać przez Ciebie. Nie będziesz się do tego podczepiał i ślepo wierzył. Będziesz tylko obserwował to bez strachu. Jest to proces. Ważne, żeby tylko zacząć szukać. Wejście na tę drogę jest fascynujące. Pamiętaj, że to nie jest proste. Możesz po drodze trafić na inne drzewa, które będą ciebie przyciągać i odciągać od tego właściwego. To nie jest kwestia wiary, to musisz poczuć w sobie głęboko. Wiele ludzi to poczuło i podąża tą drogą odkrywania duszy i świadomości. Mają swoje historie jak do tego doszło, do świadomego przebudzenia. Wczoraj np. trafiłem na Michała Koterskiego, który 23 lata żył w mroku i ciemności pod wpływem uzależnień. Leczył się na różne sposoby, ale nic nie pomagało. Dopiero jak zwrócił się o pomoc do Najwyższej Boskiej Świadomości to następnego ranka jego życie się zmieniło. Podąża teraz też za mocą Jezusa Chrystusa i w to głęboko wierzy, że Bóg i Jezus są z nim i mu pomagają i prowadzą Go. Nie ma znaczenia jak to nazwiesz. Czy nazwiesz to Bogiem czy Boską Świadomością, czy nazwiesz to Twoim Wyższym Ja przez które łączy się z Tobą Boska Świadomość. Czy nazwiesz to mocą i miłością Jezusa albo czy nazwiesz to przewodnikami duchowymi czy Aniołem Stróżem, których usłyszałeś i podążasz za ich wskazówkami. Ważne, że On to poczuł i teraz wie. Czy to nie jest piękne? To jest cudowne. Światłość w sercu, duszy i świadomości jest cudowna i piękna. Podążaj za tym, a mrok i ciemność odejdą. Nie mógłbym o tym wszystkim pisać jeżeli bym nie miał też takich doświadczeń w życiu.