Archiwum luty 2024


MOJA KARIERA BIEGACZA 4
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
29 lutego 2024, 21:29

 

26.05.2013 PÓŁMARATON TARNOWO PODGÓRNE

   Z tego biegu pamiętam to, że startowało aż 1000 osób, a jak na półmaraton to naprawdę spora liczba. Nazwano to Biegiem Lwa i w pakiecie startowym każdy otrzymywał taki fajny plecak. Używam go do tej pory. Czas to 1:55:43 więc jak na mnie słaby. Było bardzo dużo kibiców na trasie, a przecież biegaliśmy w małej wsi pod Poznaniem. Z całej tej kariery zapamiętałem to, że na biegach w Zachodniopomorskim było ubogo pod względem jedzenia po biegu, a w Wielkopolsce naprawdę można się było najeść do syta. Na Półmaratonie Gryfa dawali np. w Szczecinie po biegu tylko jakiś makaron z sosem pomidorowym i coś do picia. Dlatego bardzo się cieszyłem jak jechaliśmy gdzieś w rejony Wielkopolski. Ogólnie wrażenia z Tarnowa Podgórnego miałem bardzo pozytywne. Są takie miejsca w kalendarzu biegowym, że chcesz tam wrócić za rok. Za kilka dni 01.06 wziąłem znów udział w akcji Polska Biega. W porównaniu z rokiem wcześniejszym znałem już biegaczy z Hermesa. Oglądałem właśnie fotki i co ciekawe biegłem razem z Samurajem. Okazało się potem, że tam gdzie startowaliśmy razem to przybiegaliśmy do mety w prawie takim samym czasie. On zaczynał szybko, a ja wolno, ale przeważnie pod koniec się spotykaliśmy. Po prawie 10 latach okazuje się, że biegamy nadal w tym samym tempie, a przecież tyle lat minęło. Pewnie wolelibyśmy biegać szybciej, ale jak w to życiu są pewne przeszkody. Czy można się jednak pogodzić z tym, że nie wszystko zależy od nas? Samuraj ma wielkie serce do walki podobnie jak ja. Nieprzypadkowo tak go zwą. On walczy i będzie walczył, bo taki ma charakter. Ja na razie marzę, żeby palec do siebie doszedł i żeby łydka zaczęła pracować normalnie. Jest jedno zdjęcie z tej akcji Polska Biega gdzie jestem ja, Samuraj i SuperMario. On za chwilę będzie miał na koncie 100 maratonów... Trzeba być szalonym, żeby tego dokonać.

02.06.2013 rok PÓŁMARATON POCZDAM

  Tydzień wcześniej biegałem półmaraton i niby to nie jest jakiś nadludzki wysiłek, ale raczej nie startowałem tydzień po tygodniu w półmaratonach. Tutaj jednak zdarzyło się inaczej czego nie planowałem. Okazało sie, że ktoś opłacił startowe i nie mógł pobiec. Znalazło się wolne miejsce i ja wskoczyłem w nie. Pierwszy raz i jedyny mogłem wystartować w Niemczech. Oczywiście nie biegłem pod swoim imieniem i nazwiskiem więc przyjąłem na ten bieg inną tożsamość. Miałem jednak obawy czy Niemcy mi nie sprawdzą dowodu osobistego. Nie sprawdzili jakimś cudem. Znam nieźle niemiecki więc szybko się odnalazłem tam. Nigdy nie widziałem wcześniej tylu zawodników na starcie. Jak nastąpił wystrzał startera to ja przekroczyłem linię startu po 5 minutach. Nie pamiętam ile było osób. Myślę, że tak jak na dużych maratonach w Polsce, czyli 2000 osób. Ja uzyskałem czas 1:54:09, ale przeżycia były bardzo fajne. Biegacze wiedzą jak to jest przed samym startem gdy nagle jest potrzeba skorzystania z toalety. Oczywiście na dużych zawodach jest wiele Toy-toyów, ale zawsze miałem wrażenie, że im bliżej startu tym więcej ludzi czekało za potrzebą. Niejednokrotnie szukało się krzaków np. Ja nie zapomnę maratonu w Poznaniu jak nie miałem gdzie się załatwić i ruszyłem z dyskomfortem na trasę. Bez przerwy myślałem gdzie tu by pobiec w bok i ulżyć sobie. Nie było jednak gdzie i nagle cud się zdarzył. Naprawdę cuda się zdarzają. Biegnę i widzę przy krawężniku Toy-Toya. Jakby go tam specjalnie postawili dla mnie. Biegniesz, pełno ludzi, hałas i nagle wbiegasz do Toy-Toya i totalna cisza. Wychodzisz i biegniesz dalej. Tego nie zapomnę doznania tej takiej ciszy. Jakbyś na powiedzmy minutę czy dwie przenosił się w inny wymiar. Jakże ja jednak byłem szczęśliwy jak wracałem na trasę. Czasem człowiekowi mało do szczęścia potrzeba. To coś jak widzisz na pustyni fatamorganę tak ja ujrzałem Toy-toya w zasadzie na trasie. Tyle osób przed startem nagle chce korzystać z toalety, bo to stres po prostu. Ja w Poczdamie też miałem problem. Do startu 10 minut, a ja czekam w kolejce. Pogadałem sobie z miłą starszą parą Niemców i w zasadzie jak wyszedłem z toalety stanąłem na starcie i nastąpił wystrzał startera. Pamiętam też, że przyjechaliśmy tam na ostatnią chwilę busem więc trzeba było szybko ogarniać gdzie co jest. W zasadzie nie miałem żadnej rozgrzewki, może jakieś rozciąganie małe tylko. Miałem też wrażenie na trasie, że przez pierwsze 10 kilometrów bez przerwy kogoś mijam. Tłok był niesamowity. Dopiero po połowie dystansu troszkę się rozluźniło. Nigdy wcześniej ani potem nie miałem wrażenia takiego co do liczby miniętych osób. Biegłem prawie, że slalomem czasami. Zająłem 1050 miejsce więc jak ktoś odgrzebie wyniki to zobaczy, że to byłem ja, ale pod inną tożsamością. Jak miła Pani po biegu dawała dyplom to się zapomniałem na sekundę, że jestem Marcinem, ale szybko się opanowałem. Na dowód, że tam byłem mam zdjęcia. Organizacja oczywiście Ordnung mus sein. Jak na tamten etap mojej przygody z zawodami to było to największe przeżycie. Preludium przed startem w maratonie w którym też biegało 2000 osób jak w Dębnie czy Poznaniu czy Wrocławiu. Czy wtedy myślałem już o maratonie na poważnie? Półmaratonów miałem już na koncie coraz więcej. Marzenie o maratonie tkwiło we mnie, ale chyba jeszcze nie wiedziałem kiedy i gdzie i czy jestem gotowy. Czułem, że to zrobię. Czekałem tylko na jakiś znak kiedy to ma nastąpić. Startowaliśmy coraz częściej. Okres letni więc prawie co tydzień gdzieś biegałem na zawodach. Nie było czasu w zasadzie myśleć o maratonie.

 

 

09.06.2013 rok Karlino 15 km

   Trzeci weekend pod rząd i trzeci start. I każdy bieg przynajmniej z dystansem 15 kilometrów. Szaleństwo na całego. Bieg Papieski, który bardzo miło wspominam. Na godzinę przed startem odbyła się msza w plenerze. Było bardzo gorąco. Na dodatek wydawało się, że bez przerwy biegniemy prosto. Przed upałem ratowały nas drzewa rosnące obok drogi. Bardzo kameralny bieg, bo tylko 200 osób wzięło udział. I właśnie tutaj Samuraj mi uciekł od startu. Widziałem go jednak bez przerwy i obrałem go za taki punkt odniesienia. Ja miałem taką taktykę, że ruszałem wolniej. On szedł od początku na maxa. Wydawało mi się, że w pewnym momencie zacząłem się zbliżać do niego. Co prawda odległość była spora, ale to mnie napędzało. I faktycznie dogoniłem go na jakiś może kilometr do mety. Pamiętam, że za ciekawie nie wyglądał jak go mijałem. Był tam naprawdę duży upał. Dał się we znaki. Miałem czas 1:18:02, a Samuraj 1:19:23 więc mocno osłabł na końcówce. Tak czy owak coraz częściej spotykaliśmy się na trasie i zdarzały się nawet wspólne finisze. To był taki duży przeskok. Tydzień wcześniej tłum zawodników w Poczdamie, a tutaj tylko 200 osób. Metę zrobili na bieżni, ale pokrytej takim czarnym żwirem. Po tym ciężko polecieć na finiszu.

22.06.2013 rok STARGARD 10 km

   Nie mogło mnie zabraknąć w Stargardzie gdzie przecież rok wcześniej wykręciłem świetny czas. Znów spotkanie z rodziną i doping na trasie, ale jednak życiówki nie było. Z pewnością nastawiałem się na to, a tu jedynie 49:46. Niby w normie jak na mnie wtedy, ale jednak marzyło mi się zejście poniżej 45 minut.

29.06.2013 rok KRÓTKA NOC KLUBU BIEGACZA

  Tutaj oprócz biegu na 7,5 kilometra zdaje się najważniejsza była impreza całonocna nad brzegiem Odry po stronie niemieckiej. 40 uczestników samego biegu i nawet byłem 14. Jedno z najwyższych miejsc w karierze, ale tutaj oczywiście biegłem z Samurajem i doszło do finiszu między nami. Finisz był po bruku. W zasadzie z tego co pamiętam co cały czas biegliśmy razem. Wyprzedziłem go na finiszu, ale tempo mieliśmy naprawdę dobre na całym dystansie. Świetnie się bawiliśmy wszyscy potem i pierwszy raz w życiu dałem pokaz taneczny przy tak licznej grupie osób. Kocham tańczyć i nawet niektórym się to podoba. To naprawdę była wyjątkowa noc. Coraz lepiej się poznawałem z ludźmi z klubu. Żyłem pełnią życia o czym nawet bym nie pomyślał rok, dwa czy trzy lata wcześniej. Nie bałem się niczego i nikogo, nie bałem się, że ktoś uzna mnie za wariata. Robiłem wszystko tak jak czułem, a na tej imprezie chyba przeszedłem samego siebie. Nigdy nie można się hamować i blokować i myśleć co pomyślą inni. Zwyczajność, pospolitość i normalność jest dla mnie po prostu nudna. Nie lubię tylko jednego w życiu. Obrabiania tyłka za plecami... Tego nienawidzę. Ludzie boją się powiedzieć prosto w oczy co myślą o Tobie, boją się konfrontacji. Nie z każdym nam przecież po drodze jest. Wszystko co jest fałszywe i tak wychodzi prędzej czy później. Czasem jesteśmy tylko zaślepieni jak w filmie "Przebudzenie" gdzie bohatera oszukał i przyjaciel i kobieta, którą kochał. Niektórzy potrafią się świetnie maskować. Też nie jestem idealny. Nie żywię się jednak energią nienawiści, nie jestem wampirem energetycznym. Prędzej zniszczę siebie niż kogokolwiek. Zauważyłem jednak, że ludzie, którzy mówią co myślą odważnie, a różni się to od ustalonej normy są wyszydzani, wyśmiewani, obrażani i spychani na margines. Ja nauczyłem się tego, że właśnie takich słucham, bo oni coś wiedzą naprawdę. O tym to jednak w jakichś innych cyklach, bo ważne, że znów piszę. Na razie neutralnie i o sobie, ale przyjdzie czas na inne tematy też.

MOJA KARIERA BIEGACZA 3
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
29 lutego 2024, 17:15

  2013 rok to już było szaleństwo biegowe. Wstąpiłem do amatorskiego klubu Hermes i przygoda biegacza amatora rozkręciła się na dobre. Możliwości dalszych wyjazdów, poznanie innych pasjonatów biegania. Jak dla mnie to był bardzo szczęśliwy rok, a niby 13 jest pechowa. Do tego wymyśliłem sobie, że skoro Jezus zmartwychwstał w wieku 33 lat to ja też w pełni zmartwychwstanę. Dzień zawodów w weekend to była jak wycieczka. Zawsze lubiłem podróżować, bo jednak mam duszę wrażliwą, artystyczną i kocham piękno. W zasadzie tydzień w pracy to było czekanie na weekend i kolejny wyjazd. Ile takie zawody dają paliwa duszy i sercu, ile dają radości. Żyłem pełnią życia. Jak się przyjeżdża na zawody i wszędzie jest kolorowo, ludzie radośni, pozytywna energia aż się wylewa zewsząd to potem jak wracasz w poniedziałek do pracy swojej i jeszcze żyjesz zawodami to widzisz ludzi w pracy jakoś inaczej. Ja miałem mnóstwo energii mimo zmęczenia po zawodach, a ci ludzie wydawali mi się jakby przyszli umierać do pracy... To mi uświadomiło, że jak spełniasz swoje marzenia i masz pasje to życie staje się kolorowe i radosne. Możesz wtedy dawać innym światło, uśmiech i radość. Zazdroszczą wtedy tylko ludzie bez marzeń. Ja czerpałem garściami ze wszystkiego co widziałem i czego doznawałem.

16.02.2013 BIEG GÓRSKI GRYFINO

  W zimie rzadko się startuje na zawodach, ale ten wyjątkowy rok zacząłem u siebie w mieście. Odbywał się cykl biegów górskich i w jednym z nich postanowiłem się sprawdzić. Miałem za sobą już bieg na K-2 w Szczecinie, ale nie spodziewałem się, że dystans, który mi zajął tylko 16 minut i 4 sekundy może tak boleć. Mi się wydawało, że byłem bardziej wykończony niż po biegu na K-2. To były zdaje się 3 pętle i na każdej z nich dwie piekielne górki. Szczególnie jedna. Pod każdą z nich dawałem radę podbiec. 2 miesiące temu byłem na tej trasie po wielu latach i na żadną z tych górek nie podbiegłem. Można w 16 minut zrobić bardzo mocny trening siłowy w zasadzie. Takie podbiegi wzmacniają mięśnie. Może kiedyś jeszcze tam spróbuję potrenować. Po wielu latach nie trenowania na tych górkach pokazało mi to w jakiej wtedy byłem formie. Może teraz odcinam kupony jak to się mówi. Na początku jak zaczynasz biegać, a potem zaczynasz startować to poznajesz siebie, swoje ciało, swoje możliwości. Widocznie mi dyscypliny takiej starczyło na prawie 3 lata. Zawsze można zrobić coś lepiej, ale chodzi tu o motywację. Ja jak startowałem to naprawdę czułem się jak zawodowy sportowiec i tak żyłem. Jak masz cel to inaczej podchodzisz do treningów, bo jak celem jest zdrowie, kondycja, dobre samopoczucie to można biegać sobie spokojnie co kilka dni bez żadnych oczekiwań. Wolniej niż kiedyś byleby z radością. Dopiero jak biegacz nie może biegać z powodu kontuzji to docenia to bardzo tak jak ja teraz. Przypomniały mi się moje przygotowania mentalne przed maratonami. Dzień przed odcinałem się od całego świata. Mam kilka filmów motywacyjnych jak np. Wojownik Spokoju i dużo muzyki inspiracyjnej. Tak spędzałem dzień poza jedzeniem i piciem. Wizualizowałem sobie to jak będę biegł. Wsłuchiwałem się w siebie czy jestem gotowy, czy zrobiłem wszystko co mogłem czy nic nie boli, czy jestem świeży. Szukałem jakiejś dodatkowej siły mentalnej. Każdy maraton pokonałem więc moje przygotowanie sprawdzało się. W taki dzień przed startem niczym się nie rozpraszałem, z nikim nie gadałem i nie pisałem. Wiedziałem co chcę osiągnąć i że będę zdany sam na siebie. Tylko Ja, moje ciało, serce i dusza. Umysł też przygotowywałem do tego, wyciszałem myśli. Wyobrażałem sobie, że jestem Wojownikiem. Nauczyły mnie tego książki Paulo Coelho. Jeżeli wyobrazisz sobie coś o sobie i jest to pozytywne i napędza to niech to trwa w Tobie. W życiu zawsze ktoś może pomóc, na maratonie nikt ci nie pomoże. Chodzi mi, że nikt nie dobiegnie za Ciebie. Nie przekupisz nikogo, nie okłamiesz dla własnej korzyści, nie oszukasz nikogo. Wszyscy są równi wobec śmierci i tak samo jest na maratonie. Też wszyscy są równi. Czy jesteś bogaty czy biedny to wszystko zależy od ciebie. Jesteśmy niewolnikami, ale właśnie dlatego pokonywałem też maratony, żeby ujrzeć prawdziwie wolnych ludzi i to jaka jest siła w ludziach i wiara. Wtedy człowiek się uczy na nowo jak o tym zapomniał czy zapomina czasem, że warto wierzyć w ludzi. Nie przypominam sobie żadnej złej energii, żadnej agresji. Tam widać prawdziwe piękno człowieka i jego duszy.

 

  17.03.2013 rok BIEG ZAŚLUBIN KOŁOBRZEG 15 kilometrów

Sezon startowy tradycyjnie zaczyna się w Kołobrzegu na nietypowym dystansie 15 kilometrów. Podczas doświadczeń biegowych stwierdziłem, że moimi dystansami powinny być biegi właśnie na 15 kilometrów oraz na 30 kilometrów. Niestety takie dystanse są rzadkością. A dlaczego tak to wymyśliłem? Bo właśnie po 15 kilometrze na półmaratonach słabłem i tak samo na maratonach po 30 kilometrze. Co zapamiętałem z Kołobrzegu? Przede wszystkim było przenikliwie zimno, a pamiętam, że byłem przeziębiony i osłabiony. Dlatego też męczyłem się na trasie. Wynik 1:21:53 pokazuje, że w zasadzie biegłem, żeby dobiec. Można było sobie jednak do woli popatrzeć na morze. 13.04 przebiegłem sobie króciutki Bieg Przełajowy u mnie w mieście  w ramach treningu. Tak naprawdę czekałem co się wydarzy w dwóch następnych weekendach.

20.04.2013 rok ĆWIERĆMARATON MUZYCZNY PIŁA 10,5 kilometra

 

   Pamiętam, że do Piły pojechałem z bratem i przyjacielem. Czas miałem przyzwoity, bo 51:58. Tutaj jednak po raz pierwszy w życiu wymyśliłem sobie, że ustawię się na starcie na samym końcu. Skoro już widziałem po wynikach, że moje miejsce w stawce to mniej więcej połowa to bezsensu ustawiać się na przedzie. Ustawiając się na szarym końcu wymyśliłem sobie, że mam możliwość wyprzedzania dużej grupy osób i tak faktycznie było. Jeżeli bym wystartował z przodu to połowa ludzi na trasie by mnie wyprzedziła, a jak biegłem z końca stawki to ja wyprzedziłem połowę osób. Na mecie to i tak wychodzi na to samo, ale psychologicznie można się fajnie pooszukiwać. Chyba każdy woli wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Dużo można zrobić ciekawego, żeby budować swoje ego. Dla mnie to były starty z końca i finisze. Jak teraz to wspominam to szkoda, że nie prowadziłem takiego pamiętnika po każdych zawodach. Z pewnością mógłbym teraz więcej napisać, bo pamięta się zawsze wyjątkowe chwile. Mam jednak zdjęcia z prawie każdych zawodów i wyniki dzięki czemu mogę sobie przypomnieć gdzie byłem. Czasami trzeba przekopać się przez tysiące zdjęć, żeby znaleźć siebie, ale było warto to robić konsekwentnie i ściągać na twardy dysk.

 

28.04.2013 SZCZECINEK - 10 kilometrów

   W Szczecinku bardzo mi się podobało. Bardzo fajne miasto z parkiem cudnym nad wodą. Tam się czułem jak u siebie. Zapamiętałem z tego biegu to, że na zdrowy rozum nie powinienem biec. Po tygodniu noszenia listów miałem tak zajechane mięśnie, że naprawdę się bałem czy nie zrobię sobie czegoś złego. Dlatego czas 51:54 był taki jaki był. Ciężko się biega bez świeżości, ale ogólnie podobało mi się tam bardzo. Jeszcze nawet zrobiłem finisz, bo jakiś koleś ruszył mocno gdzieś na 500 metrów przed metą. Ja głupi na zajechanych mięśniach postanowiłem, że ruszę z nim. Był jednak szybszy, ale dzięki niemu też nadałem sobie bardzo mocne tempo. I po zawodach był poczęstunek nietypowy, bo jedliśmy dzika. W ogóle dzięki zawodom byłem w wielu miejscach w których nigdy bym nie był, bo niby po co, a tak przed zawodami, w trakcie i po można zobaczyć kawałek świata. Może to za dużo powiedziane, ale trochę zwiedziłem. To prawda, że podróże kształcą. Wszystko co nowe i nieznane jest fascynujące i pociągające.

03.05.2013 rok BIEG TRANSGRANICZNY 10,5 kilometra

  Nie mogło zabraknąć też startu u siebie w mieście w Święto Konstytycji i czego mi brakowało podczas kariery biegacza amatora. Miłości jedynie więc szukałem i pamiętam, że byłem na tym biegu z pewną dziewczyną. Był to krótki epizod, bo miłości nie znajdziesz ot tak. Mnie nie interesowało bycie z kimkolwiek tak, żeby być tylko. Człowiek jednak całe życie szuka miłości, a często bywa tak, że pojawia się ona niespodziewanie. Jeżeli usilnie szukasz i cierpisz to nie znajdziesz, ale jak masz takie marzenie w głębi duszy i nie przejmujesz się samotnością i nie ubolewasz nad tym to wtedy ona się znajdzie. Podczas tego biegu już w połowie dystansu spotkałem młodego chłopaka, który szedł. Zagadałem do niego co się stało? A on, że nie ma siły już biec. Okazało się, że ma 15 lat i pomogłem mu. Zaczął biec ze mną i w zasadzie skupiłem się tylko na nim. Czas to 1:00:37 więc aż o 12 minut gorzej niż w debiucie, ale tu nie chodziło o mnie. Połowę dystansu wspierałem chłopaka ile mogłem. Biegliśmy do końca razem. Ile razy mówił, że nie da rady, a ja, że już kawałek, już blisko. Nawet go zmotywowałem do finiszu, bo on walczył o podium w swojej kategorii wiekowej. Przybiegł 2 sekundy za mną, ale wiecie jak się fajnie czułem jak on na dekoracji stawał na podium na trzecim miejscu. Można powiedzieć, że wprowadziłem go na podium. Wojownik nigdy nie wygra walki sam, ale jak widzi potrzebującego to zawsze pomoże mu w jego walce. Ja nie zapomnę jak go zobaczyłem jak szedł i jaki był pogodzony z losem, że nie da rady tego dnia. Nie pozwalałem mu w ogóle, żeby słuchał siebie. Nie pozwalałem mu, żeby nawet pomyślał, żeby przejść w marsz. Pewnie jakbym sam tam został w połowie to może i by trochę biegł, trochę odpoczywał. Może to był jego pierwszy tak długi dystans. Nie wiem... Wiem, że można dać pomoc drugiemu człowiekowi i wsparcie bezinteresownie. To się właśnie zdarza często na zawodach. Dajesz komuś energię i motywujesz go. Mi się to udało. Udało mi się sprawić, że ten chłopak uwierzył, że pokona siebie. Pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył, że umysł go oszukał. Na tym polega samotność biegacza. Walka z myślami, że nie dasz rady. Zdolny do rzeczy wielkich jesteś dopiero jak pozwalasz tym myślom tylko przepływać, bo widzisz, że one z czasem znikają i przestają przeszkadzać. To jest tak jakby umysł ciebie testował. Chce mieć nad tobą kontrolę cały czas.

 

MOJA KARIERA BIEGACZA 2
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
28 lutego 2024, 17:03

   W 2012 roku zaraz po Półmaratonie Koleżeńskim wziąłem udział w akcji Polska Biega. Takie spotkanie biegaczy i kilkukilometrowa przebieżka w dużej grupie. Nie chodziło tu o żaden czas ani miejsce. Działo się to 1 czerwca. Zaczynałem się powoli czuć wśród biegaczy jak w rodzinie. Ten kolorowy świat zaczynał mi się bardzo podobać. Jakże on różnił się od życia codziennego. Powoli zaczynałem żyć już nie samym bieganiem, ale zawodami. Każdy wyjazd na zawody to było jak święto. Totalne oderwanie się od często szarego życia w tygodniu. Szukałem następnych wyzwań i znajdowałem takie.

 

 

23.06.2012 rok BIEG O BŁĘKITNĄ WSTĘGĘ na 10 km - STARGARD SZCZECIŃSKI

 

   Nie mogłem nie wziąć udziału w tym biegu gdyż mam tam rodzinę. Także wszyscy mnie dopingowali. Nigdy potem nie uzyskałem takiego czasu na 10 kilometrów jak w Stargardzie tego dnia. 45:09 to moja życiówka po dziś dzień. Starty na zawodach zaczynały się stawać moją pasją więc tym milej, że uczestniczyła w tym też rodzina. Nie mogłem zawieść. Popełniłem jednak duży błąd na kilka godzin przed startem. Zjadłem jakiś makaron z mięsem. Nie wiem skąd wpadłem na taki pomysł, ale czułem ten makaron do połowy dystansu. Nawet brat się śmiał podobno widząc mnie, że wypacam dopiero ten makaron. Świetnie poczułem się dopiero po połowie dystansu. Na tym biegu często ludzie pobijają rekordy życiowe. Trasa jest łatwa i szybka i do tego bieg odbywa się wieczorem. W drugim starcie w życiu na 10 kilometrów uzyskałem czas, którego już nigdy później nie pobiłem. Świeżość, niewiedza co do własnych możliwości i ekscytacja pewnie to spowodowały oraz brak kalkulacji. Na początku wszystko chłoniesz jak gąbkę. Wszystko jest takie nowe. Nie chcę pisać, że z czasem wpada się rutynę zawodów, ale podchodzi się do tego coraz spokojniej. Zawsze jest adrenalina, niewiedza, radość z poznawania i doznawania nowego, ale myślę, że już nie biega się na takim spontanie. Przynajmniej ja tak miałem z czasem. Mniej więcej zakładałem sobie jakim tempem rozpocznę i kiedy zacznę przyśpieszać i iść na całość. Na początku tego nie wiesz więc się nie oszczędzasz. Pamiętam też, że zrobiłem fajny finisz. Ciężko powiedzieć czy ten makaron mi pomógł czy przeszkodził. Blokował mnie połowę dystansu, ale dzięki temu jak mnie puściło to już leciałem bardzo szybko.

 

26.08.2012 rok PÓŁMARATON GRYFA - SZCZECIN

  Jak widać miałem dwa miesiące przerwy w startach i szykowałem się na największe wydarzenie w początkach mojej kariery. Dlatego, że tu uczestników było już prawie 1000. Start i meta były usytowane na stadionie lekkoatletycznym na którym co roku odbywają się mityngi lekkoatletyczne z udziałem polskich gwiazd i zagranicznych. Fajnie było biec po tej samej bieżni co zawodowi sportowcy, których oglądałem w telewizji. Na dodatek pełne trybuny, atmosfera święta. Uzyskałem czas 1:51:05, a więc taki w miarę jak na mnie. Chodziło tu jednak o przeżycie biegu z udziałem takiej dużej liczby zawodników. Szukam w pamięci, bo jednak to było dawno czy coś zdarzyło się wyjątkowego czy to w Stargardzie czy Szczecinie, ale nie przypominam sobie, bo tak naprawdę wszystko było wyjątkowe. Dopiero poznawałem to wszystko i poznawałem swoje możliwości. W zasadzie wszystko przeżywałem samotnie, bo nikogo nie znałem.

23.09.2012 rok BIEG NA K-2 10 kilometrów - Szczecin

 

   Jak wiecie K-2 jest to szczyt górski, jeden z ośmiotysięczników, a trasa tego biegu liczyła 8611 metrów i pewnie nie była to przypadkowa liczba. Nie przeżyłem bardziej morderczego biegu w życiu. Nie wiem kto wymyślił tę trasę, ale myślę, że wielu zawodników czuło się jakby zdobywało szczyt tej góry. Fajnie jest przed startem jak nie wiesz do końca co Ciebie czeka. Wiesz, że będą schody, dużo podbiegów w lesie i zbiegów, ale nie zdajesz sobie sprawy co będzie tak naprawdę. Już nawet nie pamiętam ile było pętli tej trasy. Pamiętam taki jeden podbieg pod górę na którym większość szła w zasadzie. Ja zdaje się jeszcze na pierwszym okrążeniu jakoś wbiegłem na to, ale potem też już szedłem. Schody, zbiegi, podbiegi, korzenie itd. Trzeba było bardzo uważać jak się stawia nogi, bo przecież zmęczenie narastało. Nie było w zasadzie momentów na odpoczynek. Nie pamiętam, żebym miał myśl, że teraz będzie troszkę lżej albo po płaskim. Trzy razy podkręciłem kostkę na tej trasie. Na szczęście w taki sposób, że dalej mogłem biec. Moja prawa kostka, która kiedyś była pęknięta jest bardziej elastyczna, ale przy bardzo morderczych biegach bolała mnie. Ja po 2 kilometrach biegu czułem się jakbym pokonał już 10 kilometrów. Totalna masakra, ale nie zapomnę finiszu, co widać na foto. Jak zostało jakieś może 300 metrów do mety, a ja już miałem ciemno przed oczami to biegłem razem z jakimś chłopakiem. Spojrzałem na niego, on na mnie i powiedziałem :"Dawaj lecimy na zawał do mety". Ostatnia prosta liczyła może 100 metrów, może trochę mniej. Tak czy owak potwornie zajechani ruszyliśmy tak mocno jak tylko mogliśmy. Szliśmy w zasadzie "łeb w łeb" i dosłownie na ostatnich kilku metrach go wyprzedziłem. Jak to się mówi "na kratach". Finisz jak na stumetrówce gdzie centymetry zdecydowały o tym, że byłem szybszy. Uzyskaliśmy ten sam czas co do sekundy, ale on też dał z siebie wszystko. Bardzo nie lubiłem przegrywac finiszów, ale tutaj on mnie bardzo mocno zdopingował i nie odpuszczał do końca. Uzyskałem czas 53:45, ale ciężko to odnieść do czegokolwiek. Takie finisze pamięta się do końca życia, bo zmęczenie porównałbym śmiało do maratonu. To nie był bieg, to było jakieś piekło. Ciekawe czy jakbym przed startem przeszedł sobie całą pętlę to czy bym pobiegł. Pewnie mimo wszystko tak, bo takie wyzwania są ekscytujące. Lecz jak się mówi niewiedza jest błogosławieństwem akurat w tym przypadku. Z tego finiszu mam aż 5 fotografii co pokazuje, że jeżeli fotograf zawodów pstryknął tyle fotek to znaczy, że było na co popatrzeć, a przecież my nie biegliśmy w czołówce. Nawet teraz jak patrzę to wyprzedzilem go bodajże o długość dwóch stóp. Ból tego biegu i poświęcenie do linii mety jest wypisane na naszych twarzach. Jak zobaczyłem kątem oka na jego sylwetkę to pomyślałem, że nie ma ze mną szans. Tu mnie jednak zaskoczył szybkością, siłą woli i determinacją. Ja już jednak stawałem się Wojownikiem i sam siebie nazywałem Gazelą. Wycieniowany byłem, po przy wzroście 170 cm ważyłem 65 kilogramów. Teraz jest tego 10 kilogramów więcej. Jak już wspominałem mniej więcej połowa stawki to był mój max, ale dla siebie byłem Gazelą. Nie z każdych zawodów ma się wiele wspomnień, ale akurat tutaj wiele pamiętam. Ja naprawdę jak rzuciłem hasło : "biegniemy na zawał serca do mety" to nie była metafora. Myślę, że obaj czuliśmy się tak samo wyczerpani całym dystansem, a jednak można czasami "przenieść góry". Akurat to stwierdzenie pasowało do tego biegu. Najbardziej mi imponowało, że żaden z nas nie pękł ani nie odpuścił. Na zdrowy rozum jakie miało znaczenie czy ja będę 123 czy on. Ludzka siła, wiara i determinacja potrafi być jednak potężna. Widocznie trafiło na siebie dwóch Wojowników. W żadnej sekundzie nie pomyślałem, że to przegram.

 

03.10.2012 rok BIEG TRANSGRANICZNY GRYFINO-MESCHERIN 10,5 kilometra

   Rok 2012 zakończyłem tradycyjnym biegiem u mnie w mieście. W maju biega się z Gryfina do Mescherin i z powrotem, a w październiku jest to zdaje się święto Niepodległości Niemiec i startujemy w Mescherin i tam też kończymy. Co ciekawe to na wielu fotkach z zawodów z 2012 roku widzę twarze biegaczy, których potem dopiero poznałem osobiście. Biegłem koło nich, a ich nie znałem jeszcze. Coś jak przeznaczenie. Czas 53:37, ale trzeba pamiętać, że to jednak 10,5 kilometra. Mimo to szału nie było. Oczywiście znalazłem sobie znów rywala na finisz. Wyższy ode mnie o głowę, ale mam zdjęcie jak na finiszu spoglądam na niego z myślą :"Dajesz, dajesz kolego, a i tak przegrasz ze mną." I przegrał o sekundę. Zawsze sobie trzeba jakoś zrekompensować to, że biegasz w połowie stawki i dać sobie taką małą satysfakcję na finiszu. Wtedy zawsze jest duża szansa, że i fotografowi się to spodoba i zrobi chociaż jedno zdjęcie i będziesz mieć z tego fajną pamiątkę. Ja po prostu uwielbiałem finiszować. Pewnie dlatego, że w czasach szkolnych lubiłem sprinty na 60 metrów. Zauważyłem też na zawodach, że jak się rozpędzę to ci co akurat biegną koło mnie nie mają szans. Rzadko mi się zdarzało, żeby ktoś chociaż podjął próbę. Najlepszy sprinter w połowie stawki. Może też to mnie napędzało, że widziałem linię mety. To działało na mnie jak płachta na byka. Może to robiłem też dla aplauzu publiczności. Fajnie być w jakiś sposób w świetle jupiterów i fleszy. Cechuję się w życiu małą wiarą w siebie więc takie momenty pozwalały mi się poczuć wyjątkowo. W bieganiu umiem walczyć do końca i do ostatnich sił. Jeżeli odkryjesz w sobie duszę i serce wojownika to musisz znaleźć sobie coś gdzie to ujawnisz i pokażesz przede wszystkim sobie. Ja znalazłem bieganie, a potem zawody. W 2013 roku zapisałem się do Klubu Hermesa więc wtedy zaczęły się dalsze wyjazdy i duża intensywność startów. Troski, obawy, refleksje, emocje, radość dzieliłem już z innymi. 2012 rok to jednak była jeszcze moja samotna walka. Ustanowiłem jednak swoją życiówkę na 10 kilometrów, przebiegłem dwa półmaratony, zmierzyłem się z morderczym biegiem na K-2. Otrzaskałem się z tym wszystkim, zobaczyłem z czym to się je i byłem gotowy na kolejne podróże w nieznane z innymi pasjonatami biegania. Realizując swoje marzenie z dzieciństwa jeszcze piękniej jest jak robisz to w otoczeniu dobrych ludzi. Żyłem już jak sportowiec wtedy. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że to dopiero początek. Jeżeli bez przerwy marzysz to w pewnym momencie w życiu, czasami bardzo nieoczekiwanie zaczyna to się spełniać. Pamiętam taki film o tytule "Choć goni nas czas" gdzie dwóch starszych panów, którym zostało niewiele życia zaczęli realizować swoje marzenia. Nigdy nie wiesz kiedy Twoje się spełni. Nie porzucaj jednak marzenia nigdy ze swojego serca i duszy. Gdy moje życie spowijał mrok, gdy wylądowałem na OJOMIE i w psychiatryku to czy mogłem marzyć wtedy o czymkolwiek? Podjąłem jednak potężną walkę i opłaciło się. Tracąc wiarę, nadzieję i miłość po prostu umieramy z dnia na dzień. Można jednak zmartwychwstać. Są momenty, że nie ma sił na realizację marzeń i ok, ale przenigdy nie można ich porzucać. Niech sobie będą nawet długi czas uśpione, ale niech będą. Jak to teraz wszystko wspominam to naprawdę dokonałem niemożliwego. Życie może stać się koszmarem i bezsensowną walką, ale może się też stać pięknym snem. Ja wiem na swoim przykładzie, że wszystko jest możliwe. Jest to górnolotne, ale to od nas samych zależy jak patrzymy na siebie i rzeczywistość. Widzisz mrok i ciemność to wydaje się, że tylko takie są barwy rzeczywistości. Jak jednak w tym tunelu pojawi się chociaż promyczek malutki słońca i malutkie światełko i zaczniesz iść za tym to może nie od razu, bo jest to proces, ale zaczniesz zauważać piękne barwy i coraz większe światło i blask w sobie i naokoło. Może wiem dużo, może wiem niewiele, ale jeżeli chodzi o własne doświadczenia to wiem jak to działa. Wiem jak działa umysł. Jeżeli to poznasz to nieważne co się dzieje w życiu to chociaż wiesz o co chodzi. To czy się wygra z mrokiem to zależy od każdego osobno. Jest i Anioł Stróż i Diabeł. Trzeba wybierać kogo i kiedy się słuchać. Jeden wysysa energię, a drugi obdarza energią. Zależy w co wierzymy, bo wtedy tak widzimy wszystko wokół.

MOJA KARIERA BIEGACZA
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
27 lutego 2024, 21:51

   To nie jest tak, że robię podsumowania z mojej amatorskiej kariery biegacza, bo już nie zamierzam nigdy wystartować w zawodach, ale do tej pory nie wspominałem tego. Jak się pozbieram po kontuzji to wiadomo, że wrócę do biegania. Miło jest jednak powspominać najpiękniejsze momenty w moim dotychczasowym życiu. Oprócz wspomnień mam pełno koszulek, medali, numerów startowych i innych gadżetów. Czego w ogóle zacząłem startować na zawodach? Myślę, że to była taka potrzeba spełnienia marzenia z dzieciństwa. Zawsze chciałem związać moje życie ze sportem. Na tym się najlepiej znam. Marzyłem o karierze piłkarza nożnego czy tenisisty ziemnego bądź stołowego, a jak by to się nie udało to o karierze dziennikarskiej. I w jakiś sposób te marzenia spełniłem. Pisałem dla portalu sportowego przez rok czasu jako dziennikarz. Wcześniej pisałem na blogu o wydarzeniach sportowych, żeby sprawdzić czy mam jakiekolwiek pióro dziennikarskie. Okazało się, że ten portal po przeczytaniu moich wpisów na blogu uznał, że nadam się. Bardzo fajna przygoda. Szkoda tylko, że niewiele artykułów skopiowałem na bloga. Coś tam jednak zachowałem. Sportowcem też byłem, bo co prawda amatorem, ale poczułem jak to jest. Lepiej się patrzy potem na trud sportowców i opisuje to. Pewnie dlatego jak już wystartowałem na pierwszych zawodach to pokochałem to. Bez grupy biegowej Hermes i bez tych wspaniałych ludzi byłoby to niemożliwe. Nadszedł czas, żebym popisał o sobie, o historiach z zawodów, o emocjach, bo jednak troszkę przeżyłem. Sam jestem ciekawy ile z tego pamiętam.

 

03.05.2012 BIEG TRANSGRANICZNY GRYFINO-MESCHERIN

 

   Pierwszy start to był bieg na 10 kilometrów z Gryfina do Mescherin i z powrotem. Tradycyjny bieg, który odbywa się w moim mieście w Święto Konstytucji 3 maja. Bliskość Niemiec powoduje, że bieg odbywa się w dwóch państwach. Kto by pomyślał wtedy, że Konstytucja w zasadzie ma coraz mniejsze znaczenie, a i możemy doczekać czasów, że Polska będzie należeć do Niemiec. Skupmy się jednak na zawodach biegowych. Dostałem fajny numer startowy, bo 21. Trasę znałem i wymyśliłem sobie, że będę w pierwszej dwudziestce. Nie wiem skąd mi się to wzięło w głowie. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Mój poziom przez czas startów na zawodach to była połowa stawki. Jak dla kogoś kto nigdy nie biegał i nienawidził biegania to myślę, że to wystarczający poziom. Stresu było bardzo dużo co jest zrozumiałe. Biegałem wtedy z pomiarem pulsu. Ustawiłem sobie, że jak będzie puls 180 to wtedy to znak, że mam zwolnić. Pojawiał się wtedy sygnał dźwiękowy. Podczas biegu miałem wrażenie, że bez przerwy ten pulsometr mi dawał znać, że "umrę" zaraz. Było też bardzo duszno co zapowiadało burzę. Warunki były bardzo ciężkie, bo było mało tlenu w powietrzu. Biegło mi się bardzo dobrze. Nie wiedziałem na jaki czas mnie stać. Niewiele wiedziałem więc dawałem z siebie maxa. Czas 48:01 więc z perspektywy czasu w tej duchocie to był jak na mnie dobry czas. Nie pamiętam kiedy zrodził mi się ten pomysł startu, ale myślę, że przynajmniej 2 miesiące przed więc ostro się przygotowywałem. Urodziłem się w maju więc to też był dobry miesiąc na debiut. Nie wydarzyło się nic takiego co by mi bardzo zapadło w pamięć. Z pewnością przez cały dzień chodziłem dumny jak paw. Poczułem się sportowcem. Wielu biegaczy nigdy nie startowało pewnie w zawodach. Chodzi mi o amatorów, którzy biegają sami dla zdrowia. Nie każdy czuje taką potrzebę. Ja chciałem się po prostu sprawdzić, poczuć atmosferę, zobaczyć jak to jest. Jedni biegają sobie samotnie, inni wolą w grupach, a jeszcze inni jeżdżą na zawody. Wydarzyło się jednak coś proroczego. Jak dostałem numer startowy to wiedziałem, że 21 będzie dla mnie szczęśliwe. Nie wiedziałem jeszcze dlaczego... Okazało się, że po biegu losowano nagrody i miałem przeczucie, że coś wylosuję. Przeczucie mnie nie myliło, wygrałem torbę taką podróżną dla biegacza. To był znak, że nie mogę poprzestać na jednych zawodach. Potem wszędzie zabierałem tę torbę. To coś jak podróżnik dostaje tobołek tak ja dostałem tę torbę. Masz torbę sportową więc zacznij jeździć na inne zawody też. Jak to jednak zrobić, z kim itd. i gdzie... Tego jeszcze nie wiedziałem. Ta torba to był jednak znak. Po drugie spodobało mi się to wszystko. Wystarczy, że zamarzysz sobie, że może nie wiesz jeszcze jak i z kim, ale, że chcesz brać udział w wielu zawodach. Wysyłasz takie marzenie gdzieś w górę, a wtedy wszystko zaczyna się dziać jak marzysz. Nie możesz jednak wysłać do Wszechświata energii, że nie wiesz. Na zasadzie w sumie to marzę o czymś, ale czy ja wiem czy tak mocno, a może tak po cichutku, a może nie marzę w zasadzie, może to głupie... Wtedy to się nie spełni. Wszechświat oczekuje jasnej deklaracji. Musi być tym mocne pragnienie i przekonanie, że tak marzę o tym i chcę to zrealizować. Nie wiem jeszcze jak, ale bardzo chcę. Wysyłasz taką energię marzenia i wtedy znajdujesz wszystko co potrzebujesz i wszystkich, którzy Ci pomogą. Miałem tak kilka razy w życiu i wiem, że to działa. Nie wolno tracić wiary w marzenia. Utrata jakichkolwiek niszczy naszą duszę i serce. Poddajemy się tylko temu co jest, a wtedy nasze życie staje się smutne. Przecież każdy z Nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny. O mnie często mówią, że jestem "wariat" i dla mnie jest to komplement. Nigdy nie umiałem być normalny i jak wszyscy. Pozytywni "wariaci" dają temu światu energię i światło. Bycie sobą nie jest łatwe i też czasami mam przemyślenia, że może coś napisałem komuś za ostro, że może nagadałem głupot, że może kogoś niewłaściwie oceniłem, że może to ja się mylę w wielu kwestiach, może nikt mnie nie rozumie. To jest zgubne myślenie bardzo. Na zasadzie zrobię coś czy powiem, ale co pomyślą inni... Jeżeli jednak nie wyrażasz siebie, swoich emocji to znaczy, że się blokujesz. Nie jesteś wtedy już sobą. Dopasowujesz się np. do większości. Myślisz jak większość. Zachowujesz się jak większość. Ja taki nie byłem, nie jestem i nie będę. Wyrażam siebie tak jak czuję w danym momencie. Lepiej mylić się, popełniać błędy, ale mieć własne przemyślenia i własne spojrzenie na świat. Ja jak biegałem na zawodach to sam na sobie wszystko sprawdzałem. Co mam jeść, ile mam trenować, ile odpoczywać. Nie ma żadnych gotowych szablonów, bo każdy z nas jest inny. Umiejętność wsłuchania się w siebie, w swoją duszę, serce i ciało. Na zasadzie, bo w tej książce napisano, że tak mam trenować albo w tej telewizji mówią prawdę o świecie. Poszukaj siebie w tym wszystkim i prawdy dla siebie. Ja nie miałem żadnej kontuzji jak biegałem na zawodach co oznaczało, że poczułem co jest mi potrzebne. Ktoś mądry powiedział, że jeżeli nawet jedna osoba zna prawdę o czymkolwiek to nie znaczy, że ta prawda przestaje istnieć. To jednak tematy na inny cykl. Zrobiłem sobie małą przerwę, ale wena tworzenia powoli, bo powoli, ale wraca. Tak czy owak trzeciego maja 2012 roku zacząłem swoją karierę biegacza amatora. Z nową torbą sportową, która przecież nie mogła leżeć zakurzona. Po coś mi ją dali. W życiu dostajemy sporo znaków, ale często je ignorujemy, a to błąd, bo jak zaczynasz je odczytywać to idziesz po prostu za tym.

 

 

27.05.2012 rok PÓŁMARATON KOLEŻEŃSKI SZCZECIN

 

   Szybko znalazłem sobie nowy cel startowy. W tym samym miesiącu postanowiłem wystartować w Szczecinie w półmaratonie. Nie czekałem więc długo, żeby sprawdzić się na dystansie dłuższym. To był taki kameralny bieg, a uczestników była tylko setka. 1:45:03 to był mój czas więc jak na moje czasy z półmaratonów bardzo dobry. Do tego bieg odbywał się w lesie. Pierwszą dyszke i pierwszą połówkę przebiegłem bardzo szybko jak na mnie. To pewnie wynikało z całkowitej niewiedzy. Potem zaczynasz już poznawać swoje możliwości, wiesz kiedy jest szybko, a kiedy za wolno. Zaczyna się już kalkulacja, a najpiękniejsze w bieganiu jest właśnie to jak nic nie wiesz. Nie znasz trasy, nie znasz granicy swoich możliwości. Biegniesz ile sił w nogach, bo nie masz pojęcia kiedy będzie kryzys. To też jest właśnie piękno zawodów. Startujesz w nowym miejscu, nie znasz trasy. Na treningach to co innego. Nawet teraz jak biegam to mam kilka tras i ja mniej więcej wiem kiedy będę zmęczony, kiedy zwolnię. Wiem co mnie czeka, a to z czasem staje się monotonne. Nowe doznanie jest zawsze fascynujące. Wiesz na zawodach oczywiście  w jakim czasie biegasz na kilometr. Sprawdzasz stoper i wtedy kontrolujesz to. Ja miałem coś takiego, że nie potrzebowałem stopera. Byłem tak wyregulowany, że potrafiłem wiele kilometrów trzymać tempo jakie chciałem. Stoper był tylko moim potwierdzeniem. Wiadomo, że na początku szukałem biegów w okolicy i kogoś kto mnie tam zawiezie. Jak widać wyzwań się nie bałem, bo bardzo szybko szarpnąłem się na półmaraton. To też było dobre, bo złapałem doświadczenie i już wiedziałem, że mogę startować nie tylko na 10 kilometrów. Wtedy jednak jeszcze nie znałem grupy, która jeździła razem na zawody. Sam odkrywałem nowe miejsca w najbliższej okolicy. Pełne szaleństwo to się zaczęło potem z grupą Hermes. Pierwsze kroki stawiałem jednak sam nie znając nikogo. Nie znałem żadnego biegacza wtedy. Typowy ja, czyli często indywidualista i kot chodzący własnymi ścieżkami, ale trzeba pamiętać zawsze w życiu, że jest wiele osób, które Ci mogą pomóc. Kiedyś o tym zapomniałem i zostałem całkowicie sam, a to się może skończyć dramatycznie. To też jest problem, bo jak mam gorszy okres to wolę, żeby świat i ludzie o mnie nie wiedzieli, że istnieję. Chowam się jak ślimak do muszli... Jak jesteś otwarty na świat i wyzwania to i świat się otwiera, a jak się zamykasz to i świat robi to samo. Jak teraz patrzę na zawody w których uczestniczyłem w 2012 roku to wcale nie było ich tak mało. O tym jednak w kolejnym wpisie, bo zbliża się noc. Palec daje znać o sobie, łydka o dziwo od południa jakoś mniej. Normalnie aż się boję wstać rano i poczuć ten ból pospinanej i zastanej łydki. Ból jest przyjacielem biegacza, ale tego bólu łydki nie nazwę przyjacielem. Bardziej ból taki jakby mi ktoś zadawał tortury. Biegacz i maratończyk to twardzi ludzie więc zniosę to i będę wiedział co mam robić, żeby wrócić do pełnej sprawności. Na razie to ja jednak marzę, żeby chodzić bez bólu, a co dopiero biegać... Widocznie tak ma być teraz i mam dostać lekcję cierpienia. Dostawałem znaki, że coś się zdarzy złego i faktycznie tak jest. Muszę się tylko wsłuchać w siebie, w serce i duszę i znaleźć odpowiedź czego to się stało i jaką mam z tego lekcję wyciągnąć. Może to być też kara za "coś", bo i takie myśli mam...

MOJE MARATONY
Autor: rasmarsom | Kategorie: Sport 
26 lutego 2024, 20:03

 

14.09.2014 - MARATON WROCŁAW

 

   Wydaje mi się, że to był najpiękniejszy maraton. Chodzi mi o całe miasto, o ryneczek, o zabytki. Dużo zobaczyłem ciekawego. Bardzo fajna trasa i dość trudna. Zamarzyło mi się pobicie rekordu życiowego, czyli czas w okolicach 4 godzin. Dzień wcześniej ktoś jednak wpadł na pomysł długiego spaceru po mieście. Nie to jednak było przyczyną, że z rekordu życiowego nic nie wyszło. Było po prostu za gorąco jak na maraton. Pamiętam taki długi podbieg do jakiegoś mostu i tam był dopiero 10 kilometr, a ja już byłem tak zmęczony, że wiedziałem, że będzie ciężko. To na tym maratonie zgubiłem gdzieś 2 kilometry ze świadomości. Biegłem coraz bardziej zmęczony i ujrzałem, że jestem na 22 kilometrze... Biegnę dalej i znów widzę 22 kilometr... No nic. Może coś mi się pomyliło, ale jak znów ujrzałem 22 kilometr to uznałem, że już jest ciężko i odpływam. Na szczęście spotkałem miłą panią na 25 kilometrze. 10 kilometrów sobie biegliśmy razem i rozmawialiśmy. Opowiedziała mi pół życia swojego, do tego wszystkie choroby, które miała i ma. Zastanawiałem się jak ona daje radę. Maratończyk powinien być przed biegiem całkiem zdrowy i żeby nic nie bolało. Okazuje się jednak, że wiele osób biegnie z dolegliwościami albo z małymi kontuzjami. Nie wiem czy to hart ducha, głupota czy uzależnienie... Ale ją jednak podziwiałem, że mimo wszystko biegnie. Mało tego. Na 35 kilometrze po prostu mnie odstawiła. We Wrocławiu miałem czas 4:23 więc niewiele szybciej niż w Lęborku, a tam przecież biegłem na samej wodzie i bardzo dużo szedłem. We Wrocławiu jednak pokonał mnie upał. Miałem jednak siłę na swój finisz. Nic nie przebije Dębna, ale tu też pokazałem moc na ostatnich 200 metrach. Znów ostatnie kilometry to marszobieg, przyśpieszenia i rozciąganie. Niektórzy się dziwnie patrzyli jak robię krótkie sprinty, ale przecież chciałem sobie pofrunąć do mety. Tu odcięło mnie na mecie. Byłem tak zmęczony, że nie miałem żadnych myśli. Sobie szedłem i szedłem i szedłem. Coś tam piłem, ale nie dochodziło do mnie nic. Byłem jednocześnie w tym wszystkim i jednocześnie obok tego wszystkiego. Bardzo ciekawe doznanie. Niby wiesz gdzie jesteś, niby widzisz ludzi, widzisz wszystko wokół, ale inaczej. Coś jak w takim transie. Wewnętrzna radość i zero myśli. To mi też uświadomiło jaki to był wysiłek ze względu na ten upał. Organizator też widział, że warunki są bardzo ciężkie i mimo limitu 6 godzin pozwolił wszystkim ukończyć maraton. To był fantastyczny gest i podziwiałem tych ostatnich, którzy słaniali się na nogach, upadali niektórzy, ale podnosili się i szli dalej... Dostawali wielką owację i to też ich niosło. Ci ludzie, którzy za metą po prostu upadali byli dla mnie zwycięzcami. Oni naprawdę pokonali siebie. Rzadko się widzi takie obrazki, bo przecież człowiek przybiega, przebiera się, idzie zjeść, napić się. Tutaj jednak wszyscy co jedli i pili oglądali na telebimie jak Ci ostatni walczą resztkami sił, żeby dotrzeć do mety. Mi przeszło przez myśl, że chciałem pobić życiówkę, ale jak ujrzałem tych ludzi to zobaczyłem prawdziwe piękno walki człowieka. Łzy się aż cisnęły do oczu. Oni przecież nie wystartowali z myślą o jakimś czasie. Oni wystartowali, żeby po prostu pokonać ten dystans. Wiedziałem ile mnie kosztował ten maraton w upale, a co dopiero ich. I wyobraźcie sobie, że zdjęto by ich z trasy po limicie 6 godzin... To niebyłoby ludzkie... Ja jakbym jechał w tym ostatnim samochodzie i miał powiedzieć takiemu człowiekowi, że sorry, ale zostało mi Ci do mety 500 metrów, ale czas się skończył... Nie umiałbym tego zrobić, nie spojrzałbym takiemu człowiekowi w oczy. Jeszcze bym mu sam pomógł dobiec do mety czy dojść. Ci ludzie pewnie pierwszy raz pokonywali maraton. Każdy pewnie miał inną motywację. Nie byli pewnie świetnie przygotowani, ale mieli wiarę, że to zrobią i wielkie marzenie. Kto wie... Może takie pokonanie maratonu pozwoliło im zmienić swoje życie? Może spojrzeli na siebie jak na Wojownika? Może wrócili do domu i powiedzieli tak zrobiłem to. Może ktoś w nich nie wierzył, a oni sami uwierzyli w siebie... Takie momenty pokonania siebie mogą dać bardzo wiele na dalsze życie. Oni byli prawdziwymi Wojownikami, bo podjęli walkę i to do końca, do utraty ostatnich sił. Mieli większą wiarę w swoje marzenie niż pozwalała na to ich kondycja fizyczna. Wszechświat im pomógł również przez organizatora, który zrozumiał, że nie może ich ściągnąć z trasy. Nie może im zabrać marzeń. Na jego miejscu zachowałbym się tak samo. Ludzie robią różne szalone rzeczy, żeby pokazać sobie na co ich stać, żeby uwierzyć w siebie, że pozbyć się blokady umysłu, żeby spojrzeć na siebie i na rzeczywistość inaczej. Maraton jest jedną z takich szalonych rzeczy. Dla tych ludzi właśnie, którzy chcą się zmieścić w limicie 6 godzin. Dla nich celem nie jest żaden czas. Jak już jesteś na trasie zrobisz wszystko, żeby dotrzeć do mety. Widziałem ludzi, których tak odcinało, że mdleli na trasie i tracili przytomność. To jest dopiero walka do końca. Ktoś logicznie myślący stwierdzi, że to niemożliwe, żeby człowiek biegł i nie odbierał sygnałów z umysłu i ciała, że powinien się zatrzymać. Nigdy czegoś takiego nie doznałem, ale na jednym biegu w potwornym upale, a był to półmaraton widziałem tyle osób leżących na chodnikach, słyszałem tyle syren karetek, że pierwszy raz od 15 kilometra na półmaratonie szedłem. Byłem niedaleko takiego stanu. Uczucie oszukania umysłu jest ciekawym doznaniem i zdarza się to często właśnie podczas biegu, który jest albo długi albo jest wysoka temperatura. Wszystko wtedy dzieje się w innym czasie. Czas płynie inaczej.

 

 

12.10.2014 - MARATON POZNAŃ

 

  We Wrocławiu nie udało mi się pobić życiówki więc postanowiłem, że nastąpi taka próba w Poznaniu. Październik, czyli idealna temperatura dla maratończyka. Nie za zimno i nie za gorąco. Przed startem nie wiedziałem, że będzie to mój ostatni maraton. Wiedziałem jedno. Byłem w bardzo wyskiej formie i czułem to. Czasem jednak zdarza się infekcja jak jesteś w wysokiej dyspozycji. Pech chciał, że przyplątała się grypa na tydzień przed zawodami. Ja zamiast odpuścić treningi jeszcze na kilka dni przed maratonem biegałem chory. Moje plany runęły w gruzach. Im bliżej maratonu tym bardziej myślałem czy mam pobiec. Wydawało mi się, że jak pobiegnę zaraz po chorobie to nie będzie to dobre dla mojego organizmu. Mimo to pojechalem do Poznania i w noc przed maratonem spociłem się bardzo mocno. Organizm walczył z infekcją i akurat w dzień startu poczułem się lepiej. Na tyle dobrze, że postanowiłem jednak pobiec. Wiedziałem, że życiówki nie będzie. Bałem się tylko czy organizm sobie poradzi. Wciąż przecież walczył z infekcją. I faktycznie na 10 kilometrze aż poczułem ból w sercu co pokazało mi, że powinienem nie szaleć. Czas 4:25, czyli w normie, ale byłem pewien, że jakbym był w pełni zdrowy to mogłem się zakręcić koło 4 godzin. Trasa sprzyjała i pogoda też. Finisz też oczywiście był, ale najbardziej zapamiętam koleżankę, która debiutowała w maratonie. Ona ogólnie była szybsza ode mnie, ale jednak maraton to maraton. Tutaj nic nie wiesz jak biegniesz pierwszy raz. Było ponad 6000 biegaczy, a ja jej powiedziałem przed startem, że spotkamy się na trasie. Nie wiem ile było na to procent szans, ale fakt faktem, że koło 35 kilometra biegnę i nagle widzę ją idącą z kimś. Bardzo się zdziwiła, że się spotkaliśmy. Też się zdziwiłem, ale widocznie tak miało być. Dzieje się tak czasami albo często, że nie dostrzegamy sygnałów, które nam dają inni. Czasami przypadkowo spotykasz kogoś i czujesz się tak jakbyś znał tę osobę długi czas. Od razu łapiesz fajny kontakt. Możesz kogoś przeprowadzić przez pierwszy półmaraton, możesz być z kimś na jego pierwszym maratonie. Czujesz, że coś Ciebie ciągnie do kogoś, ale nie ryzykujesz. To są takie momenty, że jeżeli nie chcesz dostrzegać sygnałów to coś stracisz na zawsze i nigdy się już nie dowiesz o co chodziło tak naprawdę. Jeżeli patrzysz na siebie źle to wcale nie znaczy, że ktoś inny nie dostrzeże w Tobie czegoś dobrego. Ktoś widzi coś w Tobie czego Ty nie widzisz albo nie chcesz widzieć. Być może coś przegapiłem. Byłem wtedy Wojownikiem, ale czy szukałem Miłości? Może byłem tak skupiony na bieganiu, że uznałem, że to nie dla mnie. Miłość jest jednak dla wszystkich, bez niej jesteśmy uboższi. Czasem jednak ją przeoczymy, a jest tak blisko Nas, a może unikamy jej, bo się boimy np. odrzucenia. Jeżeli jednak nie uczynisz żadnego kroku, żeby się przekonać to zostaniesz z tą niewiedzą do końca życia. Tak czy owak ten maraton kojarzy mi się właśnie z tą koleżanką. Mogło to być nawet nasze ostatnie spotkanie w życiu. Czego tak naprawdę brakowało w mojej krótkiej, ale intensywnej karierze amatora biegacza trwającej koło 3 lat? Chodzi mi tu wyłącznie o zawody. Brakowało mi właśnie miłości. Przeżyłem to dopiero później. Tak czy owak po tym maratonie już startowałem w niewielu zawodach. Tak jakbym zamykał jakiś rozdział mojego życia.